Kilkaset akcji przeprowadzili od początku tego roku ratownicy z GOPR-u i TOPR-u. Kilkadziesiąt z nich dotyczyło poszukiwań osób, które zabłądziły w górach. Ratownicy przyznają, że te interwencje są bardzo kosztowne; ich zdaniem kosztami jednak nie można obarczać turystów.
Zdaniem GOPR-owców kwestia finansowania akcji ratowniczych wymaga rozważenia i dyskusji, bo coraz trudniej jest im utrzymać się z dotacji z budżetu państwa. Ale podkreślają, że dyskusja na temat systemu finansowania akcji ratowniczych i systemu ubezpieczeń powinna być przemyślana, tak aby - jak mówi wieloletni ratownik, poseł PO Piotr Van der Coghen - "nie wylać dziecka z kąpielą".Obecnie kwestie finansowania ratownictwa górskiego reguluje ustawa o bezpieczeństwie i ratownictwie w górach i na zorganizowanych terenach narciarskich, która weszła w życie w styczniu br.
Zgodnie z nią, akcje finansowane są w ramach dotacji celowych przyznawanych z części budżetu państwa przez szefa MSW, z dotacji przydzielanych przez jednostki samorządu terytorialnego oraz z części opłat pobieranych za wstęp i udostępnienie wejścia do parku narodowego lub krajobrazowego, a także od sponsorów.
Jak wyjaśnia Mariusz Zaród, naczelnik podhalańskiej grupy GOPR karanie turystów za nieuzasadnione wezwania ratownicze w górach mogłoby spowodować, że ci, którzy by potrzebowali pomocy, obawialiby się wezwania ratowników górskich. Mogliby przy tym ryzykować np. "samodzielnym zejściem z gór".
Podobnego zdania jest Piotr Van der Coghen. - Sprawa jest bardziej skomplikowana, niż by się wydawało i tu nie ma prostego rozwiązania. Z punktu widzenia ludzi, którzy nie chodzą po górach, sprawa jest jasna. Jeśli ktoś idzie gdzieś i ryzykuje, a później oczekuje ratunku, to powinien być odpowiedzialny za to, co robi. Boję się jednak, że jeśli zostanie wprowadzona odpłatność za akcję, to będzie więcej tragedii - zaznaczył.
Tymczasem ratownicy grupy beskidzkiej GOPR interweniowali już w tym roku ok. 400 razy. 18 akcji to były poszukiwania zaginionych.Najtrudniejszą noc GOPR-owcy przeżyli z 21 na 22 stycznia. Z gór sprowadzili blisko 30 osób, które zagubiły się w rejonie szczytów Babiej Góry i Baraniej Góry.
- Obliczyliśmy, że tamta noc kosztowała nas blisko 200 tys. zł. Za akcje zapłacimy sami z pieniędzy, które zarobiliśmy jeszcze w ubiegłym roku, bo dotychczas nie otrzymaliśmy funduszy z budżetu państwa. Zawsze tak jest na początku roku. Z zarobionych pieniędzy musimy choćby płacić za paliwo - powiedział naczelnik grupy Jerzy Siodłak.
Ratownicy zwracają uwagę jeszcze na jeden fakt. Ratownictwo medyczne w Polsce jest bezpłatne, jednak każdy turysta wchodzący na teren parku narodowego kupuje bilet, z którego 15 proc. dochodu przekazywane jest na działalność organizacji ratowniczej działającej na terenie danego parku.
Czytaj więcej: ratownictwo medyczne | GOPR | ratownictwo górskie | TOPR
Zielona Góra: ćwiczenia ratowników medycznych
"Tylko... z ubezpeczenia górskiego które powinno być obowiązkowe!!" A to ubezpieczenie z czyjej kieszeni powinno być opłacane, skoro nie z kieszenie ratowanego!? A jeżeli ratowany jest pospolitą, patologicznie oszczędną mendą, żyjącą z socjalu w np. UK? To kto ma płacić za jego głupotę? Podatnik!? Sprawa jest prosta i klarowna! Idziesz w góry bez ubezpieczenia i mózgu, płacisz!!! W tym chorym kraju likwidują szpitale, szkoły, przedszkola, ludzie umierają z powodu braku dostępu do specjalistów, braku pieniędzy na nierefundowane i drogie leki, a Ty i tobie podobni, chcecie jeszcze okradać sponiewierane społeczeństwo, by fundować kosztowne akcje ratunkowe rzeszom pazernych bomisiów, dla rozrywki szlajających się po zwyżkach!? Nie ma przymusu jeżdżenia na nartach i chodzenia po skałach! Skoro kogoś nie stać na ubezpieczenie, lub ewentualne pokrycie kosztów własnej głupoty, ogląda szczyty przez lornetkę lub na fotografii! PS.: Skoro ratownicy górscy uważają, że kosztami akcji nie powinni być obarczani turyści, to niech finansują ich rekreacyjne wyczyny z własnych kieszeni. Od moich, pieniędzy podatnika WARA!!!