Polscy lekarze nadużywają zabiegu nacinania krocza przy porodzie?

Prof. Stanisław Radowicki, konsultant krajowy w dziedzinie położnictwa i ginekologii, przestrzega przed statystykami, które miałyby dowodzić, że położnicy nagminnie stosują nacinanie krocza u rodzących kobiet. Zaznacza, że nie przeprowadzono dotychczas rzetelnych, ogólnopolskich badań na ten temat. Opinia organizacji pozarządowych i pacjenckich jest zgoła inna: lekarze nacinają powszechnie i bez potrzeby.

- Trudno uwierzyć, że w Polsce nacięcie krocza przy porodzie jest potrzebne aż w 80 proc. przypadków. Czy to oznacza, że jesteśmy zbudowane inaczej, niż reszta świata? - zastanawia się w rozmowie z Gazetą Wyborczą Anna Otffinowska, prezes fundacji Rodzić po Ludzku. I dodaje, że np. w Skandynawii nacięcie stosuje się tylko w 7 proc. przypadków.

Winna rutyna?
Pacjentki poddane nacięciu ściany pochwy, mięśnia kroczowo-łonowego i poprzecznego powierzchownego krocza oraz skóry mówią wprost: część lekarzy to rutyniarze i asekuranci, którzy mają zakodowane raz na zawsze, że nacięcie uchroni ich przed odpowiedzialnością za ewentualne komplikacje związane z samoistnym pęknięciem.

- W niektórych naszych szpitalach położna idzie na dywanik do ordynatora za to, że nie nacięła - a w Szwecji czy Danii odwrotnie: musi się tłumaczyć, dlaczego to zrobiła - twierdzi Otffinowska.

Inna organizacja - Fundacja Kobieta i Natura - zorganizowała w październiku ub. r. we Wrocławiu międzynarodowe sympozjum dla kilkuset ginekologów i położnych na temat porodu bezpiecznego dla matki i dziecka.

Dr Preeti Agrawal, szefowa fundacji, ginekolog, przedstawiła wyniki ankiety, którą we wrześniu przeprowadziła na wrocławskich i dolnośląskich porodówkach. Wynika z niej, że krocze nacięto aż 73 proc. ankietowanych rodzących (250 respondentek). Aż 56 proc. oceniło, że personel szpitala traktował je w czasie porodu i w szpitalu źle: przedmiotowo i nieżyczliwie.

Nowoczesny sprzęt, stara mentalność
Województwo dolnośląskie jest jednak pod tym względem specyficzne. Przez długie lata plasowało się na końcu tabeli obrazującej wskaźnik umieralności okołoporodowej. Kilka lat temu wysupłano niewielkie pieniądze na bezpłatne szkoły rodzenia i materiały edukacyjne, co przyczyniło się do przesunięcia się regionu w 2010 r. z ostatniego na czwarte od końca miejsce w tej niechlubnej krajowej statystyce (Polska jest pod tym względem na poziomie średniej europejskiej).

Zmieniły się też wrocławskie oddziały położnicze - niemal wszystkie mają osobne sale do porodów rodzinnych. Dodatkowo porodówki i oddziały neonatologiczne, dzięki dofinansowaniu z urzędu miejskiego i marszałkowskiego, zostały wyposażone w nowoczesny sprzęt. Ale baza materialna to nie wszystko. Potrzebna jest też fundamentalna zmiana mentalności i nawyków lekarzy.

Prof. Radowickiemu problemy województwa dolnośląskiego nie są obce. Wraz z konsultantem wojewódzkim wielokrotnie przekonywał administratorów ochrony zdrowia, aby zajęli się w końcu rekordową umieralnością okołoporodową na Dolnym Śląsku.

Konsultant krajowy nie umniejsza samego problemu, kwestionuje natomiast metodologię badań polegającą na ankietowaniu kobiet. Zaznacza, że badania miałyby wartość poznawczą, gdyby wypowiedzi pacjentek zostały skonfrontowane z dokumentacją medyczną. To pozwoliłoby rozstrzygnąć, ile nacięć miało uzasadnienie medyczne, a ile wykonano bez potrzeby.

- Niezbędne jest ustalenie, czy poród był fizjologiczny czy patologiczny. Po takie rozwiązania, jak nacięcie krocza i cesarskie cięcie sięga się w sytuacji zagrożenia postępu porodu. Krocze może być np. zagrożone pęknięciem lub tak silnie umięśnione, że nie pozwala na postęp porodu. Dopiero znając pewne fakty można ocenić, czy nacięcie było uzasadnionym postępowaniem terapeutycznym - wyjaśnia profesor i podkreśla, że bez tej wiedzy trudno wyrokować w kwestii nadużywania zabiegu.

Jednocześnie konsultant przyznaje, że w przeszłości ordynatorzy istotnie namawiali do nacinania krocza, aby chronić główkę dziecka. Obecnie jednak, jego zdaniem, świadomość, że zabieg powinien być stosowany wyłącznie w sytuacji zagrożenia (gdy istnieje niebezpieczeństwo pęknięcia krocza w sposób niekontrolowany) jest znacznie większa.

Standardy a świadomość
Z jego obserwacji wynika, że nacięć jest mniej.

- To, że napisaliśmy w standardach okołoporodowych, że nacięcie jest formą postępowania, nie oznacza, że jest obligatoryjne - podkreśla Stanisław Radowicki. Przypomina również, że w położnictwie i ginekologii istnieje pojęcie ochrony krocza, a doświadczony lekarz lub położna potrafią poprowadzić poród tak, aby do konieczności nacięcia krocza nie doszło.

Na pytanie, czy standardy opieki okołoporodowej wprowadzone w kwietniu ub. r. mocą rozporządzenia ministra zdrowia poprawiły sytuację (mają one chronić ciężarne przed  praktykami szpitalnymi, na które nie wyrażają zgody, m.in. przed nacinaniem krocza) prof. Radowicki odpowiada:.

- Powołaliśmy w grudniu komisję złożoną z 9 profesorów, którzy sprawdzą, jak implementowany jest standard w pionie położniczym. Za 4-5 miesięcy będziemy mogli zrobić podsumowanie i zapoznać się z danymi najbardziej zbliżonymi do rzeczywistości - odpowiada profesor.

- Proszę jednak nie oczekiwać, że znajdą się tam statystyki, bo standardy nie przewidują przesyłania informacji statystycznych w tym zakresie - zastrzega konsultant. I dodaje, że będzie to raczej ocena mocnych i słabych stron wdrażania standardów okołoporodowych, niż zestaw danych statystycznych.

Pacjentki poskarżą się przed komisją?
Pozostaje jeszcze pytanie, na ile mocno w świadomości ginekologów i położników tkwi przekonanie, że lepiej zrobić nacięcie niż narazić się na odpowiedzialność w wyniku zaistnienia zdarzenia medycznego?

Nie bez przyczyny używamy w rozmowie z profesorem pojęcia wprowadzonego ustawą o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta. Wszyscy spodziewają się bowiem, że oparte na tej ustawie wojewódzkie komisje do spraw zdarzeń medycznych, które rozpoczęły działalność 1 stycznia 2012 r., zostaną zalane skargami.

- Nie wiem, czy będzie więcej skarg. Obecnie nie obserwujemy szczególnie wysokiej fali procesów sądowych dotyczących położnictwa. Ale kiedy analizuję wyroki sądów, to okazuje się, że stawiają one generalny zarzut: lekarz nie wykonał cięcia cesarskiego lub nacięcia krocza. Sądy zapominają jednak, że o tym, czy poród jest patologiczny czy fizjologiczny, można wyrokować dopiero po urodzeniu się dziecka. Ocena, że pojawienie się problemu w czasie porodu oznacza automatycznie konieczność cesarskiego cięcia, jest jednak wielkim uproszczeniem - wyjaśnia profesor Radowicki.

Zwraca także uwagę, że do traktowania cesarskiego cięcia jak zabiegu kosmetycznego, a nie poważnej operacji, przyczyniły się media. Tym mitem zostały "zainfekowane" sądy.

- Cięcie cesarskie nie jest spacerkiem przez biologię porodu. Niesie określone zagrożenia, np. narastanie zrostów w jamie brzusznej, czyli bóle do końca życia, problemy z gojeniem się, różnego rodzaju przepukliny itd. - podkreśla konsultant.

Podaje przykład Stanów Zjednoczonych, gdzie w latach 90. wydano ponad 40 mln dolarów na zahamowanie wzrostu liczby cięć cesarskich. Ich liczba spadła wówczas o 2 proc., ale kiedy skończyły się fundusze, skoczyła o 8 proc.

Podobał się artykuł? Podziel się!
comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH