Po 24-godzinnym dyżurze nie wiedziała, jak doszła do tramwaju

Nawet nie wiem, jak doszłam do tramwaju. Pewnie parę osób uznało, że wracam z imprezy, bo mną "rzucało" - w takim stanie dziennikarka Gazety Wyborczej wróciła z SOR Klinicznego Oddziału Ginekologiczno-Położniczego Szpitala Bielański w Warszawie. Towarzyszyła jednej z lekarek podczas 24-godzinnego dyżuru.

”Mam nadzieję, że nie trafię szybko do szpitala jako pacjentka. Nie ufam lekarzom, jak kiedyś. Ich warunki pracy są nieludzkie. Jak podejmować decyzje i brać za nie odpowiedzialność? To jest szaleństwo” - pisze w przejmującym reportażu o ”zwykłym” dyżurze Eliza Dolecka.

Nie krytykuje lekarzy uwijających się jak w ukropie, ani bogu ducha winnych pacjentów, którzy nie muszą wiedzieć, czym okupiona jest ich praca. Oskarża system. M.in. za to, że jak mówi lekarka, którą obserwowała, "niejednokrotnie pacjentką zajmuję się 5 minut, a Medicusem 30 minut (to program komputerowy, który ma zagwarantować prawidłowe wypełnianie dokumentacji medycznej)”.

Lekarka podaje przykład zagrożeń, jakie może powodować działanie zasady, że w papierach wszystko musi się zgadzać. ”Potrzebuję na cito zlecić badania krwi pacjentki, która zaraz powinna trafić na stół. Nie mogę tego zrobić bez wcześniejszego opisu badania ginekologicznego, wypełnienia całej wirtualnej historii choroby. Jeśli nie będą zgadzały się godziny zlecenia i jego wykonania, będzie problem z rozliczeniem w NFZ. Zasada: najpierw papierki, potem ludzie. To wkurza na dyżurach najbardziej".

To nie wszystko. Poza wypełnianiem rubryk w komputerze, jest też dokumentacja papierowa. Część dla pielęgniarki, część dla pacjenta, część dla lekarza.

Papierologia jest konieczna, ale czy aż tak rozbudowana, i to wtedy, kiedy w izbie przyjęć czeka tłum. Od 8 do 10.18 zapełniają się wszystkie miejsca. Potem pacjentki odsyłane są do innych szpitali. Do których? Kierowaniem pacjentów ma się zajmować miejski koordynator.

Lekarka dzwoni do miejskiego koordynatora. Telefon milczy. Mówi, że to nic nowego, że to norma. Sama więc obdzwania szpitale. W czwartym z kolei znajduje miejsce.

Dziennikarka godzinę po godzinie opisuje dyżur w Izbie Przyjęć Ginekologiczno-Położniczej. Nie może uwierzyć, że lekarz miewa nawet trzy dyżury w tygodniu. Nie dziwi się, że jest do nich zmuszany, bo ochotników brak. "Praca w przychodni po dyżurze? - dziwi się lekarka dopytywana o możliwość dorobienia do pensji. ”To nierealne! Ja nawet nie wiem, jak się nazywam. Za dyżur dostaję 11 godzin wolnego. To nie wystarcza, żeby odpocząć".

Podczas dyżuru przyjęła do szpitala (lub odesłała do innego) 21 osób, udzieliła 15 porad. Zarobiła za 24 godziny ok. 400 zł brutto.

”U mnie w tym miesiącu był hydraulik podłączyć zmywarkę - skasował 300 zł za 2 godziny pracy i "gazownik" z uprawnieniami do kuchenki. Ponoć była "nietypowa", więc zażądał 500 zł” - tym porównaniem kończy się reportaż zatytułowany ”Niespotykanie spokojny dyżur, czyli 24 godziny na SOR-ze ginekologicznym”.

Więcej: www.gazeta.pl

comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH