Młoda kobieta z Rusinowic (woj. śląskie) zmarła po przejściu trąby powietrznej. Nie udzielono jej natychmiast lekarskiej pomocy, choć była w ciężkim stanie. Karetka pogotowia przywiozła umierającą kobietę na izbę przyjęć w szpitalu w Lublińcu, gdzie nie było lekarza.

Dziewczynę przewieziono do kolejnego szpitala w Blachowni, gdzie zmarła. Sprawą zajęła się prokuratura.

Do oddalonych o 10 kilometrów od Lublińca Rusinowic wysłano karetkę z ratownikami medycznymi. Jak relacjonuje kierowniczka pogotowia w Lublińcu, Katarzyna Kiełek, wysłano karetkę bez lekarza, bo dyspozytorka miała nieprecyzyjne informacje.

Natomiast Józef Maciolek szef lublinieckiego ZOZ-u twierdzi, że nie było wolnej karetki z lekarzem, bo ta udzielała pomocy mężczyźnie przygniecionemu przez drzewo.

Gdy karetka przybyła na miejsce, ratownicy wiedzieli już „precyzyjnie” w jakim stanie jest przygnieciona przez elementy budowlane Patrycja. Zabrali ją do szpitala w Lublińcu, który był najbliżej.

Na izbie przyjęć okazało się, że nie ma lekarza. Według informatora Gazety Wyborczej dziewczyna umierała, a przez pół godziny nikt z personelu medycznego nie zainteresował się nią.

W tym czasie pogotowie odjechało, a pielęgniarka dzwoniła po lekarzach. Chirurg mający w ten dzień dyżur na oddziale akurat operował i nie mógł przyjść na izbę przyjęć.

Pacjentki nie zbadano. Nie ma nawet śladu w dokumentacji szpitalnej, że tam była. 20-letnia dziewczyna była w coraz gorszym stanie, dlatego postanowiono ją przetransportować do innego szpitala – prawdopodobnie w Częstochowie.

Zespół karetki widząc jednak coraz gorszy stan pacjentki zatrzymał się w Blachowni. Minęło wówczas dwie godziny od wypadku. I dopiero tam otrzymała pomoc. Pomoc, która przyszła za późno. Patrycja trafiła na oddział intensywnej terapii i niedługo potem zmarła.

Jak twierdzą lekarze z Blachowni pacjentka, którą przyjmowali była w stanie agonalnym.

Prokuratura bada sprawę pod kątem nieumyślnego spowodowania śmierci. Jak można było się domyślać żadna ze stron nie czuje się winna śmierci Patrycji.

Pojawia się także pytanie, dlaczego w takim przypadku nie wysłano śmigłowca, skoro dwa dni później można było go wysłać do pacjenta postrzelonego śrutem.

Dwa lata temu przy Państwowej Straży Pożarnej w Lublińcu kosztem wielu milionów złotych uruchomiono dumę miejscowych władz: Centrum Powiadamiania Ratunkowego. Dyżurują tam strażacy i dyspozytorki pogotowia.

Jak rozważają dziennikarze być może uratowano by życie Patrycji Kurzac, gdyby w szpitalu w Lublińcu uruchomiono - jak zapowiadano - oddział ratunkowy (SOR).

Jego budowę rozpoczęto w 2006 r. W szpital zainwestowano 7 mln zł - w tym 2 mln na wyposażenie.

Ale SOR nie uruchomiono. - Gdybyśmy musieli spełnić wszystkie procedury [m.in. 24-godzinna obecność lekarzy specjalistów - przyp. red. GW], byłoby to nieopłacalne - tłumaczył bez ogródek na łamach "Dziennika Zachodniego" wicestarosta lubliniecki Tadeusz Konina. A starosta Joachim Smyła mówił: - Niektóre powiaty potworzyły SOR-y i teraz mają straty. Może dobrze się stało, że ten oddział u nas nie powstał.

Za to obaj cieszyli się, że w szpitalu "działa izba przyjęć o bardzo wysokim standardzie". Radość była przedwczesna.

comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH