Kobieta zmarła, bo pogotowie jechało do niej zbyt długo. Tragedia być może nie wydarzyłaby się, gdyby ratownicy utrzymywali łączność z Centrum Powiadamiania Ratunkowego - informuje Gazeta Wyborcza.
– Każdy zespół ma obowiązek sprawdzenia, czy ma łączność z centralą, a potem stałego utrzymywania z nią kontaktu. W karetkach są radiotelefony, w każdej jest też telefon komórkowy. Zespół, który w marcu wyjechał do nocnego wezwania, nie sprawdził, czy ma łączność - mówi Zbigniew Bober, dyrektor Powiatowej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Mielcu.
Na pomoc czekała ok. 60-letnia kobieta. W miejscu gdzie mieszkała nie jest łatwo odnaleźć konkretny budynek. Gdyby karetka jechała prosto do pacjentki, czas dojazdu zająłby cztery-pięć minut. Ale tak się nie stało. – Karetka pojechała od drugiej strony i zanim znalazła właściwy adres, minęło kilkanaście bezcennych minut – mówi dziennikarce Gazety Wyborczej dyrektor Bober.
Gdy ambulans szukał właściwego adresu, z załogą karetki próbowała się połączyć druga dyspozytorka CPR. Chciała doprecyzować szczegóły dojazdu. Z rejestracji rozmów wynika, że co najmniej 10 razy wywoływała załogę karetki. Niestety, załoga karetki nie odpowiadała na żadne wezwania.
Dyrektor pogotowia złożył doniesienie do prokuratury. Dyscyplinarnie też zwolnił dwóch ratowników, którzy odpowiadali za łączność i nie dopilnowali swoich obowiązków.
Więcej: www.rzeszow.gazeta.pl
Czytaj więcej: ratownictwo medyczne | system ratownictwa medycznego | doniesienie do prokuratury | Zbigniew Bober | śmierć pacjentki
OZZL poprze protest pacjentów przed MZ w Dniu Dziecka