Mieszkaniec Lublina stracił przytomność na ulicy, w pobliżu Szpitala Neuropsychiatrycznego. Jak twierdzi, pomocy w lecznicy nie uzyskał. Ze szpitala musiał dzwonić po karetkę.

- Czułem się bardzo źle, miałem mroczki przed oczami, z trudnem siedziałem na krześle - relacjonuje pacjent Kurierowi Lubelskiemu. - Mimo to kazano mi czekać. W końcu zadzwoniłem po karetkę. Dyspozytorka pogotowia była zdziwiona, że jestem w szpitalu i dzwonię po pomoc. Prosiła, żebym upewnił się, czy mnie nie przyjmą.

W końcu lekarz przyjął pacjenta, ale wizyta w gabinecie skończyła się na ostrej wymianie zdań.

- Lekarz pytał mnie ciągle, czy wiem, w jakim szpitalu się znajduję: odpowiedziałem, że to chyba bez znaczenia, skoro potrzebuję pomocy - mówił Kurierowi mężczyzna.

Pacjent zadzwonił ponownie po karetkę, która tym razem przyjechała.

Inną wersję wydarzeń przedstawia Edward Lewczuk, dyrektor Szpitala Neuropsychiatrycznego SPZOZ im. prof. M. Kaczyńskiego. Jego zdaniem  lekarz już na początku stwierdził, że stan pacjenta nie wymaga natychmiastowej pomocy i chory może chwilę poczekać. Tymczasem mężczyzna był agresywny i żądał, by zajęto się nim natychmiast.

Zdzisław Kulesza, dyrektor Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Lublinie, potwierdza, że pacjent, którego ze szpitala zabrało pogotowie, nie znajdował się w stanie bezpośredniego zagrożenia życia.

- Czasami trzeba poczekać - dodaje dyrektor Kulesza.

Podobał się artykuł? Podziel się!
comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH