Usunięcie kleszcza może w Łodzi potrwać nawet pięć godzin. Nie dlatego, że zabieg jest czasochłonny. Tyle mniej więcej trwa przemieszczanie się z jednej przychodni, która odsyła pacjenta gdzie indziej, do drugiej.
- Pojechałam szukać pomocy u najbliższego lekarza - mówi gazecie Polska pacjentka z Łodzi. - Tam jednak uzyskałam informację, że nie jest to stan zagrażający życiu i powinnam pojechać do swojego lekarza rodzinnego po skierowanie do chirurga. Tam z kolei usłyszałam w gabinecie zabiegowym, że nie ma tu możliwości usunięcia kleszcza. Powinnam pojechać do szpitala, w którym jest oddział zakaźny. Tym razem na wszelki wypadek zadzwoniłam. I usłyszałam, że kleszcza nikt nie wyjmie, bo w szpitalu od kilku lat nie ma chirurgii. Pojechałam więc na pogotowie. Dopiero tam otrzymałam pomoc.
Lekarz z pierwszego ośrodka, do którego zwróciła się kobieta, wyjaśnia, że przychodnia, w której pacjentka miała swojego lekarza POZ jest oddalona o zaledwie kilka kilometrów.
- Kleszcza powinien usunąć lekarz pierwszego kontaktu, a nawet średni personel medyczny, czyli pielęgniarka lub ratownik - mówi Danuta Szymczykiewicz, rzecznik Wojewódzkiej Stacji Ratownictwa Medycznego w Łodzi. Najwięcej takich pacjentów trafia jednak na pogotowie. To od kilku do kilkunastu osób dziennie. Wszyscy mogą liczyć na pomoc.
Według Beaty Aszkielaniec, rzecznika Łódzkiego Oddziału Wojewódzkiego NFZ, każdy pacjent powinien uzyskać taką pomoc bezpłatnie i od ręki u swojego lekarza pierwszego kontaktu. Jeśli zaś w przychodni nie ma gabinetu zabiegowego ani specjalisty, który może usunąć kleszcza, to trzeba się tego domagać na izbie przyjęć lub szpitalnym oddziale ratunkowym każdego szpitala o profilu zabiegowym lub na pogotowiu.
Czytaj więcej: Beata Aszkielaniec | Wojewódzka Stacja Ratownictwa Medycznego w Łodzi | Łódzki Oddział Wojewódzki NFZ | kleszcze | Danuta Szymczykiewicz
OZZL poprze protest pacjentów przed MZ w Dniu Dziecka