Po tym jak doszło do wybuchu metanu w Kopalni "Wujek-Śląsk" w mediach pojawiły się informacje, że poparzeni górnicy musieli długo czekać na pomoc. Jednak lekarze kopalniani, którzy jako pierwsi udzielali poszkodowanym pomocy zaprzeczają, że doszło do takiej sytuacji.

Dr Beata Masłowska-Król i dr Jerzy Król, byli lekarzami, którzy pierwsi udzielali pomocy rannym w wybuchu metanu górnikom.

- To bardzo przykre. Nas, lekarzy, którzy pierwsi udzielali pomocy, nikt nie zapytał, jak było naprawdę - mówi w wywiadzie dla Gazety Wyborczej dr Beata Masłowska-Król.

Lekarze nie potrafią podać dokładnie godziny rozpoczęcia akcji ratunkowej, ale zapewniają, że nikt nie musiał czekać na pomoc.

- Nikt nie zwracał uwagi na godzinę. Ja pracuję w przychodni w pobliskiej kopalni Polska Wirek. Dostałem wiadomość, że mam jechać na "Wujek-Śląsk". Dwa kilometry pokonałem autem w kilka minut. Żona pracuje w przychodni na tej kopalni. Właśnie dojeżdżała do pracy, kiedy do niej dzwonili. Gdy wbiegłem na kopalnię, na podszybiu przy windzie był już jeden lekarz i pielęgniarka z tej kopalni. W punkcie medycznym były też pielęgniarki. Trudno powiedzieć, jak długo czekaliśmy na pierwszego rannego górnika - tłumaczy dr Jerzy Król.

Lekarka relacjonuje, że po dłuższej chwili wniesiono na noszach pierwszego poszkodowanego. Był mocno poparzony, krzyczał z bólu:

- Od razu dałam mu zastrzyk przeciwbólowy, na rany założyłam jałowe opatrunki, nawilżyliśmy mu twarz, głowę, ręce. Próbowaliśmy podłączyć kroplówkę. Udało nam się wkłuć do nogi, tam gdzie nosił kalosze. Żeby nie wychłodzić organizmu, rannego przykryliśmy kocem. Gdy skończyłam go opatrywać, na sali było już trzech doktorów i pięć pielęgniarek.

Wtedy lekarze nie znali jeszcze rozmiarów tragedii.

- Do wypadku doszło przed południem, wielu lekarzy było w pobliżu, w gabinetach w kopalnianej przychodni. Nikt nie wiedział, ilu może być rannych. Dopiero jak zaopatrzyliśmy pierwszego górnika, zaczęło się piekło. Ranni trafiali do punktu medycznego, gdzie układaliśmy ich najpierw obok siebie na noszach. Każdy musiał dostać zastrzyk przeciwbólowy, wykonywaliśmy podstawowe zabiegi. W tym czasie z miasta przyjechały karetki, do których kierowaliśmy rannych. Pierwszeństwo mieli ci najbardziej poszkodowani, ale karetek było tak dużo, że nikt nie czekał - opowiada Gazecie Wyborczej Beata Masłowska-Król.

comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH