Leczenie urazów wielonarządowych: powstały centra kumulacji strat?

Poziom finansowania działalności centrów urazowych nie gwarantuje, aby mogły sobie poradzić - przestrzegają specjaliści. 12 sierpnia br. resort zdrowia poinformował, iż każde z 14 planowanych centrów gotowe jest do przyjmowania pacjentów. Tymczasem masowo przywożone są tam również osoby z lżejszymi urazami, choć założenia były inne. Świetna idea w zderzeniu z rzeczywistością nieco wyblakła.

Trzecią przyczyną co do częstości powodowania nagłych zgonów są w Polsce urazy, toteż organizacja sieci wysokospecjalistycznych ośrodków, nazwanych centrami urazowymi, ma na celu skuteczniejsze leczenie ludzi doznających urazów, m.in. w wypadkach.

W rezultacie warunki, w jakich odbywa się leczenie osób "w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego spowodowanego działaniem czynnika zewnętrznego, którego następstwem są ciężkie, mnogie lub wielonarządowe obrażenia ciała” (definicja pacjenta urazowego przyjęta w ustawie o Państwowym Ratownictwie Medycznym z 8 września 2006 roku), zbliżą się do standardów międzynarodowych.

Zgodnie z przyjętymi założeniami
centra urazowe - płynnie łącząc szybkie postępowanie diagnostyczne z kompleksowym leczeniem w jednym, wysokospecjalistycznym szpitalu zaopatrującym mnogie i wielonarządowe obrażenia ciała - przyczyniają się do zmniejszenia powikłań, a także do obniżenia wysokiej śmiertelności i pourazowego kalectwa.

Krzysztof Suszek, dyrektor Biura Prasy i Promocji Ministerstwa Zdrowia, mówi Rynkowi Zdrowia, że z uwagi na fakt, iż świadczenia zdrowotne są w nich udzielane interdyscyplinarnie (pacjent - w zależności od stanu jego zdrowia i oczywiście specjalistycznych oddziałów zabiegowych, znajdujących się w strukturze danego centrum urazowego - jest leczony i konsultowany w jednym szpitalu przez zespół lekarzy posiadających tytuł specjalisty z odpowiednich dziedzin medycyny), utworzenie centrów urazowych przyczynia się także do zmniejszenia kosztów leczenia i rehabilitacji pacjenta urazowego:

- Również koszty wyposażenia zakładów opieki zdrowotnej oraz utrzymywania w stałej gotowości pełnej diagnostyki i zespołu specjalistów w kilkunastu szpitalach - a nie w kilkuset w całym kraju - są stosunkowo niższe. Wprowadzone rozwiązanie zapewnia optymalną, wysokiej jakości organizację świadczeń związanych z leczeniem mnogich obrażeń ciała, przy minimalnym - w skali kraju - obciążeniu finansowym - dodaje dyrektor Suszek.

Zamiast kilkuset powiatowych
Pojęcie centrum urazowego zostało zaimplementowane do ustawy o PRM, która stanowi, iż jest to wydzielona funkcjonalnie część szpitala, w którym działa oddział ratunkowy, zaś specjalistyczne oddziały są powiązane ze sobą organizacyjnie oraz zakresem zadań, w sposób pozwalający na szybkie diagnozowanie i leczenie pacjenta urazowego. W rozdziale 4a określono tam wymagania, jakie centra muszą spełniać (uszczegółowiono je w rozporządzeniu ministra zdrowia z 18 czerwca 2010 roku w sprawie centrum urazowego).

Doc. Leszek Brongel, z II Katedry Chirurgii Ogólnej Kliniki Medycyny Ratunkowej i Urazów Wielonarządowych CM UJ, pilotował sprawę centrów urazowych od wielu lat. Przed dwoma laty stanął na czele zespołu powołanego przez ministra zdrowia w celach "logistyki” przyszłych centrów. W rozmowie z Rynkiem Zdrowia zwraca uwagę, że elementy centrów urazowych jeszcze przed laty określano jako coś, co już istnieje, tyle że w rozproszeniu:

- Do momentu uruchomienia centrów pacjenci urazowi rozwożeni byli po wielu szpitalach powiatowych. Na przywracaniu takich pacjentów do zdrowia każdy ze szpitali ponosił straty, ponieważ ich leczenie jest znacznie kosztowniejsze niż pieniądze, jakie przeznacza na to NFZ. Jednak straty te "giną" w masie przychodów generowanych przez ogół chorych. Po uruchomieniu centrów urazowych takich pacjentów wprawdzie nie przybędzie, lecz skupiając się w kilkunastu miejscach (centrach), będą oni też ogniskować tam straty - przewiduje doc. Brongel.

Idea dobra
Niewątpliwie powołanie ośrodków leczących tzw. politraumę jest jak najbardziej uzasadnione. W USA programem medycznym dla weteranów jest objętych 26 mln obywateli. W związku z tym jest tam bardzo dużo szpitali wojskowych. W Polsce centra urazowe zostały zlokalizowane m.in. w strukturach uniwersyteckich, a więc tam, gdzie są uczelnie medyczne, reprezentujące największy potencjał kadry.

Sam pomysł tego rodzaju centrów specjaliści uważają za bardzo słuszny. Gorzej, jeśli chodzi o jego finansowanie. To dlatego powtarza się opinia, że poszkodowany w następstwie wypadku komunikacyjnego lub pracowniczego, nie dość, że narażony na bardzo wysokie ryzyka, nie jest w Polsce pacjentem najchętniej widzianym w szpitalu.

Potwierdza to prof. Andrzej Zawadzki, konsultant mazowiecki w dziedzinie medycyny ratunkowej, który przed dwoma laty uczestniczył w dwóch spotkaniach zespołu Leszka Brongela: - Pomysł bardzo dobry, być może zaczerpnięty z wzorów amerykańskich. Te finansowane z programu Infrastruktura i Środowisko projekty były niezwykle potrzebne. Wiadomo, że w takich szpitalach są większe możliwości przeżycia, ponieważ są lepsze możliwości diagnostyki i leczenia - mówi profesor.

Jednak zaraz dodaje: - "Niechęć" do pacjenta urazowego bierze się stąd, iż wymaga często niezwykle skomplikowanej diagnostyki, doraźnego postępowania, skojarzonego leczenia zabiegowego z następującym po nim leczeniem na oddziałach intensywnej terapii. Pacjent taki generuje więc znaczne koszty, a w przypadku przeżycia chorych czeka długotrwałe leczenie i rehabilitacja.

Prof. Zawadzki wie, o czym mówi, gdyż jako lekarz medycyny ratunkowej ze Szpitala Dzieciątka Jezus w Warszawie ma do czynienia z dużą liczbą takich chorych: - Nawet koszt wstępnego postępowania wielokrotnie przekracza ten oszacowany przez NFZ - zauważa profesor.

Będą blokować łóżka?
Dr Bogusław Poniatowski, dyrektor naczelny Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku, uważa, że propozycja ze strony NFZ w jakimkolwiek stopniu nie gwarantuje, aby centra urazowe mogły sobie poradzić.

- Rozliczenia w katalogu świadczeń są poniżej kosztów. Co robić z pacjentami z urazami wielonarządowymi, kiedy już nie będą potrzebować wysoce specjalistycznej opieki, ale rehabilitacji? Jako szef szpitala specjalistycznego nie dostrzegam uregulowań prawnych dotyczących tego, co robić z łóżkami wielospecjalistycznymi. Te zostaną przecież zablokowane, a dostępność innych zostanie ograniczona - ubolewa dyrektor Poniatowski.

Dyrektorów niepokoi też fakt, że specjalistyczne karetki będą zwoziły do ich centrów pacjentów z wszelkimi urazami, nie zaliczanymi do ciężkich. - Z urazami wielonarządowe związane są najtrudniejsze procedury diagnostyczno-lecznicze, jakie można sobie wyobrazić. Tymczasem już maj, czerwiec, lipiec pokazały, że napływa do nas wszystko, co da się podciągnąć pod uraz... To sprawia, że rozliczenie jest bardzo trudne - zaznacza Bogusław Poniatowski.

- Przy napływie większej liczby pacjentów, niekoniecznie z urazami wielonarządowymi, szpital zakorkuje się. Generalnie czarno to widzę: płatnik nie płaci tyle, ile wynoszą koszty, wyczerpuje się pula zakontraktowana z NFZ, jeżeli chodzi o traumatologię. Brakuje też wypracowanej logistyki - co robić z pacjentem, tzn. kto powinien go przejąć po tym, jak przestanie potrzebować owej wysokospecjalistycznej opieki - podsumowuje dyrektor białostockiego USK.

Podobał się artykuł? Podziel się!
comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH