Ryszard Rotaub/Rynek Zdrowia | 10-12-2010 06:26

Laboratorium diagnostyczne zamiast basenu, czyli łowiska dla wielkich sieci

Od 2011 roku wszystkie szpitale muszą mieć laboratoria przy oddziałach intensywnej terapii. Aby spełnić ten wymóg, jedna z lecznic ogłosiła, że będzie zlecała badania diagnostyczne temu, kto zaadaptuje na potrzeby laboratorium nieużywany szpitalny basen kąpielowy przy takim oddziale.

Dyrektor Szpitala Miejskiego w Siemianowicach Śląskich, Bolesław Gębarski, z pytań dotyczących warunków konkursu wnioskował, że zainteresowanie wykazują wielkie sieci komercyjnych laboratoriów ze Śląska. Tylko one są w stanie wyłożyć znaczne kwoty na przekształcenie basenu w pracownię z prawdziwego zdarzenia. Szpital takich pieniędzy nie ma.

Podzwonne dla małych
Zarządzenie prezesa NFZ z 11 czerwca 2008 r., które nakazuje, by do końca roku laboratoria obsługujące oddziały intensywnej terapii znajdowały się w tzw. lokalizacji, czyli w obrębie szpitala, to podzwonne dla niewielkich pracowni kooperujących z lecznicami.

Statystycznie rzecz biorąc, większość laboratoriów stanowią małe i średnie jednostki funkcjonujące jako niezależne niepubliczne zakłady opieki zdrowotnej lub jako część publicznego lub niepublicznego ZOZ-u. Wykonują rocznie przeciętnie kilkaset tysięcy różnego rodzaju badań – podstawowych, specjalistycznych, głównie we własnym laboratorium. Rzadko, jak przyznają ich szefowie, zlecają badania podwykonawcom.

Laboratoria spoza wielkich sieci opierają się jeszcze potentatom na tym rynku. Co prawda wykonują mniej badań, ale dzięki zachowaniu ich szerokiego zakresu i wyposażeniu w nowoczesny sprzęt, wychodzą na swoje. Teraz, gdy nakazuje się tym, które pracują dla szpitali, by zlokalizowały działalność przy OIOM-ach, część „pozasieciowych” traci rację bytu.

Przez 10 lat siemianowicka lecznica korzystała z usług małej placówki. Znajduje się o rzut kamienieniem od budynku szpitala, ale jednak nie w jego lokalizacji. Firmę założyły laborantki. Nie zgromadziły jednak kapitału pozwalającego konkurować z dużymi sieciami.

Odległość ma znaczenie

– W starciu z sieciami laboratoriów małe podmioty nie mają szans. Na rynku przetrwają rekiny, płotki zostaną zjedzone – przewiduje dyrektor Bolesław Gębarski i dodaje, że od stycznia, na skutek zarządzenia NFZ, ceny za badania wzrosną, gdyż firma, która wejdzie do jego szpitala i wykona remont za kilkaset tysięcy złotych, będzie musiała zrekompensować wydatki w kosztach badań, za które i tak zapłaci szpital, czyli NFZ.

– Komu przeszkadzało małe laboratorium? – stawia retoryczne pytanie dyrektor Szpitala Miejskiego w Siemianowicach.

O to samo zapytaliśmy Jacka Kopocza, rzecznika Śląskiego Oddziału Wojewódzkiego NFZ. – Na pewno nie oddziałowi, który jest wykonawcą zarządzeń. Trzeba jednak przypomnieć, że Siemianowice Śląskie miały dwa i pół roku na dostosowania się do rygorów – mówi Jacek Kopocz. Zaznacza też, że sprawa nie dotyczy badań mikrobiologicznych, które mają być dostępne przez całą dobę, ale już nie w lokalizacji.

Czym w takim razie podyktowane było zarządzenie prezesa NFZ?

– Jeżeli laboratorium zlokalizowane jest poza szpitalem, to pojawia się problem, kto ma dostarczyć materiał do badań i wyniki. Okazuje się, że nie ma kto, bo to jest wyjście poza teren… – prof. Jan Kanty Kulpa, krajowy konsultant w dziedzinie diagnostyki laboratoryjnej zwraca uwagę na rzecz, która z pozoru wygląda na błahostkę. Ale dodaje, że tak niestety wyglądała praktyka i stawia pytanie, nakazujące inaczej spojrzeć na sprawę:

– Gdy coś się stanie, w panującym rozgardiaszu organizacyjnym trudno będzie ustalić odpowiedzialnych. Dlatego zarządzenie w sensie organizacyjnym i prawnym ma uzasadnienie, choć wiem, że budzi opory – przyznaje profesor. – Ponadto tam, gdzie działa oddział intensywnej terapii, wykonanie badań powinno być niemal natychmiastowe, dlatego odległość ma znaczenie.

Duży może więcej
Profesor podziela pogląd, że liczba małych laboratoriów będzie maleć: padną, albo przejmą je duże sieci. Lecz nie z powodu jednego zarządzenia NFZ. Po prostu, takie są reguły gry ekonomicznej. Trzeba wykonywać rocznie 2 mln badań, żeby diagnostyka przynosiła zysk placówce. Tyle robią laboratoria przy klinikach, szpitalach wojewódzkich i oczywiście komercyjne sieci laboratoriów.

– Sieci działają na zasadach rynkowych i oszczędzają w pierwszym rzędzie na pracownikach, redukują etaty. Początkowo ich badania są tańsze, również dlatego, że mają duże upusty, gdy kupują odczynniki dla 20-30 laboratoriów. Podwyżki cen pojawiają się później – stwierdza prof. Kulpa.

Pozycja przetargowa sieci w negocjacjach cenowych z hurtowniami, producentami odczynników, a także ze szpitalem jest wyjątkowo silna. Profesor nie zapomni, jak kilka lat temu w wigilijny wieczór dyrektor jednego z warszawskich szpitali błagał różne laboratoria, żeby obsługiwały jego placówkę, bo dostał od sieci ultimatum, że jak nie zapłaci więcej, to natychmiast się wycofają.

Uregulować outsourcing

– Kłopot polega na tym, że nie ma u nas regulacji prawnych dotyczących outsourcingu. W każdym województwie zlecanie usług zewnętrznym podmiotom odbywa się na odmiennych zasadach – zauważa profesor.

Jednak nie incydenty i regulacje prawne zadecydują o przyszłości laboratoriów diagnostycznych. Oprócz przesłanek ekonomicznych trzeba też wspomnieć o tzw. zlecalności badań w przeliczeniu na statystycznego pacjenta. W bogatszych krajach nadal jest ona dużo większa niż w Polsce, która z trudem goni europejską czołówkę. Ale to kwestia czasu.

Ze względu na efekt skali, największe korzyści ze zwiększonej zlecalności badań czerpać będą przede wszystkim sieci i laboratoria przy największych szpitalach.