O skuteczniejszym rozpoznawaniu przez lekarzy rodzinnych zagrożenia nagłym zgonem sercowym u pacjentów i zapobieganiu mu przez wszczepianie defibrylatora serca dyskutowali w sobotę (14 marca) kardiolodzy w Łodzi.

Jak informuje prof. Andrzej Lubiński, szef Kliniki Kardiologii Interwencyjnej, Kardiodiabetologii i Rehabilitacji Kardiologicznej Centralnego Szpitala Weteranów w Łodzi, w Polsce na nagły zgon sercowy ginie tygodniowo  ok. 30 osób na każdy milion . Z tego wynika, że w ciągu tygodnia umiera nagle 1200 osób.

Głównymi przyczynami nagłego zgonu sercowego są groźne zaburzenia rytmu serca - migotanie komór i częstoskurcz komorowy. Szczególnie zagrożeni są ludzie z uszkodzeniem serca po zawale lub te, które już wcześniej przebyły napady takich arytmii serca. Szanse na uratowanie osoby, u której dojdzie do zatrzymania akcji serca poza szpitalem, wynoszą około 2-10 proc.

Skuteczną metodą, która pozwalałaby zapobiec nagłemu zgonowi sercowemu jest implantacja tzw. „wszczepialnego defibrylatora serca” (ICD), które potrafi rozpoznać groźną arytmię i przerwać ją poprzez odpowiednią stymulację lub wyładowanie elektryczne.

Korpus defibrylatora szczepiany zostaje podskórnie w okolicę pod obojczykiem, a elektrody (od 1 do 3) poprzez układ żylny wszczepia się do serca. Twórcą urządzenia był pochodzący z Polski Michael Mirowski.

- Defibrylator serca nie leczy, ale monitoruje pracę serca i niemal w 100 proc. przerywa sekwencję zdarzeń, która prowadzi do nagłego zgonu.  Upowszechnienie tej wiedzy wśród lekarzy i decydentów rozdzielających środki finansowe, jest czynnikiem decydującym o szerokim stosowaniu tej metody – mówi prof. Lubiński.

Jego zdaniem, leczenie takim sposobem w Polsce jest zbyt rzadkie w porównaniu z krajami takimi jak Niemcy, Czechy, Węgry czy USA. W Polsce jest leczonych tą metodą rocznie ok. 50 pacjentów na milion mieszkańców, w USA ponad 300, a w Niemczech prawie 200 osób na milion mieszkańców.

W Łódzkiem implantacja defibrylatora serca jest rzadziej stosowana niż w większości regionów Polski. Zdaniem lekarzy, to nie brak funduszy powoduje, że w naszym kraju takich zabiegów robi się mało. Wszystko wynika z niedoinformowania.

- Myślę, że lekarze nie zdają sobie sprawy z tego, że jest to metoda, która w tej chwili właściwie nie ma ograniczeń. Każdy pacjent, który potrzebuje defibrylatora, może go mieć, tylko chorego trzeba wysłać do odpowiedniego ośrodka – mówi dr Katarzyna Włodarska z Instytutu Kardiologii w Aninie.

comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH