RR/Rynek Zdrowia | 06-06-2019 05:23

Czy diagności laboratoryjni zablokują proces elektronizacji w ochronie zdrowia?

Minister zdrowia podpisał ostatnio całą serię projektów rozporządzeń, znoszących wymóg stosowania pieczątek i pieczęci na dokumentacji medycznej. Przeszły bez echa jako standardowe regulacje o charakterze organizacyjno-formalnym. Z jednym wyjątkiem - zaprotestowali diagności laboratoryjni.

Diagności obawiają się m.in. rozmycia odpowiedzialności za ewentualny nieprawidłowy wynik badania Fot. Archiwum

Inne środowiska przyjęły zmiany ze zrozumieniem, jako signum temporis. Bo i przeciwko czemu tu się buntować? Jest XXI wiek i pora pożegnać się z archaicznymi pieczątkami, tak jak kiedyś z zarękawkami i innymi atrybutami tradycyjnej biurokracji.

Rezygnacja z tego wymogu wynika z rządowego dokumentu nt. deregulacji obowiązku stosowania pieczęci/pieczątek przez obywateli i przedsiębiorców z 28 czerwca zeszłego roku. Rada Ministrów zobowiązała się w nim „do zliberalizowania przepisów przez umożliwienie oznaczania podmiotu bez nakładania na niego obowiązku stosowania pieczątki”. Uznano, że to nadmierna formalizacja, tym bardziej że utrzymywanie go blokuje proces elektronizacji.

Na ministra Łukasza Szumowskiego spadł obowiązek wyrugowania pieczątek z obszaru ochrony zdrowia. Dlatego postanowił zmienić m.in. rozporządzenie z 23 marca 2006 r. w sprawie standardów jakości dla medycznych laboratoriów diagnostycznych i mikrobiologicznych (Dz. U. z 2016 r. poz. 1665 oraz z 2017 r. poz. 2394).

Czytaj: Projekt rozporządzenia ws. standardów jakości laboratoriów diagnostycznych i mikrobiologicznych

Minister uznał, że zamiast pieczątki można będzie zastosować podpis zawierający imię i nazwisko oraz numer wykonywania zawodu w przypadku lekarza zlecającego badanie lub numer dokumentu potwierdzającego tożsamość w przypadku innej osoby upoważnionej do zlecenia badania. Natomiast w formularzach sprawozdań z badania wystarczy imię i nazwisko oraz numer wykonywania zawodu osoby wykonującej badanie oraz osoby upoważnionej do jego autoryzacji.

Osobiście czy na odległość?
Największe zastrzeżenia i obawy diagnostów laboratoryjnych budzi to, że forma i rodzaj podpisu nie zostały w nowej regulacji zdefiniowane, co oznacza, że podpis elektroniczny jest tak samo ważny, jak własnoręczny.

„Niewprowadzenie ograniczenia możliwości korzystania z podpisów elektronicznych (np. do miejsca i czasu) będzie w konsekwencji prowadziło do pełnej legalizacji tzw. zdalnej autoryzacji, tj. autoryzowania wyników badań na odległość, co w opinii wyrażanej przez KIDL jest nieprawidłowe” - stwierdzili przedstawiciele samorządu zawodowego diagnostów w opinii dla ministra.

W ocenie Krajowej Izby Diagnostów Laboratoryjnych „wprowadzenie możliwości niczym nie ograniczonej zdalnej autoryzacji faktycznej oceny materiału biologicznego, przebiegu procesu diagnostycznego pociągać będzie za sobą rozmycie odpowiedzialności za ewentualny nieprawidłowy wynik badania oraz utrudni kontrolę samego procesu autoryzacji, jak i prawidłowości wyniku”.

Zdaniem KIDL „taka sytuacja stanowić będzie zagrożenie zarówno dla pacjentów, dla których utrudnione będzie ustalenie podmiotu odpowiedzialnego oraz dla diagnostów laboratoryjnych, którzy w wyniku braku nadzoru narażeni będą na prowadzenie przeciwko nim postępowań zmierzających do ustalenia odpowiedzialności”.

Podkreślono również, że „projektowane rozwiązania prawne są niewłaściwe, bowiem mogą prowadzić do licznych nadużyć i nieprawidłowości, a w konsekwencji narazić pacjentów na niebezpieczeństwo nieotrzymania właściwej pomocy medycznej”.

Dlaczego diagności tak zdecydowanie zaprotestowali, dlaczego nie chcą podpisu elektronicznego, dlaczego wolą własnoręczny?

Elektroniczny stosowany jest obecnie zupełnie legalnie (wbrew temu, co sugeruje KIDL) i umożliwia sieciom laboratoriów zdalną autoryzację badań, a to obniża koszty ich funkcjonowania. W praktyce wygląda to tak, że jeden uprawniony diagnosta przy laptopie, np. gdzieś w Warszawie, może autoryzować podpisem elektronicznym badania nadesłane z wielu laboratoriów, w których nigdy nie był. Zdalna autoryzacja eliminuje więc stanowiska pracy w diagnostyce laboratoryjnej.

Etat przypieczętowany
Złożenie własnoręcznego podpisu i przystawienie pieczęci zagrożenia dla miejsc pracy nie niosą. Gwarantują nie tylko autoryzację samego wyniku, ale całej procedury, która może trwać kilka godzin, a w przypadku badań mikrobiologicznych nawet dwa, trzy dni.

Dyskusja na temat zdalnej autoryzacji toczy się w środowisku od lat. Jakiś czas temu relacjonowaliśmy ten gorący spór. Wypowiadały się osoby bezpośrednio zainteresowane - reprezentanci sieci laboratoriów zrzeszeni w Forum Medycyny Laboratoryjnej Pracodawców RP i przedstawiciele samorządu diagnostów.

Czytaj: Kto chce cofnąć diagnostykę laboratoryjną o pół wieku?

Pytaliśmy także prof. Bogdana Solnicę z Zakładu Diagnostyki Katedry Biochemii Klinicznej UJ-CM, ówczesnego konsultanta krajowego w dziedzinie diagnostyki laboratoryjnej, co sądzi o zdalnej autoryzacji i czy zapewnia ona należytą kontrolę nad jakością badań?

Zaznaczył, że badania są różne, o różnym stopniu złożoności i skomplikowania czynników wpływających na wyniki. - W przypadku badań nazywanych podstawowymi sprawa jest prosta. W wielu krajach, na przykład we Francji, stosują programy komputerowe, które elementarną ”autoryzację” wykonują automatycznie. Na wydruku dostaje się flagi, czyli ostrzeżenia, że jakieś wyniki są wątpliwe. Natomiast argumentem przemawiającym za autoryzowaniem wyników na miejscu jest bezpośredni kontakt osoby autoryzującej wyniki z wykonawcą badań i dostęp do materiału - wyjaśniał profesor.

- Ostatecznie rzecz sprowadza się do wymiany informacji - podsumował ekspert i zaznaczył, że przy współczesnych możliwościach telekomunikacyjnych, w tym transmisji dźwięku i obrazu, odległość traci znaczenie. Na przykład w Niemczech autoryzacja wyników na miejscu jest standardem, do którego należy dążyć. Niemniej jednak dopuszczalne jest korzystanie z komunikacji elektronicznej w tym obszarze diagnostyki laboratoryjnej.

Czytaj: Pora realnie egzekwować jakość badań laboratoryjnych - zapowiada Bogdan Solnica

Tylnymi drzwiami
Niezależnie od tego, kto ma rację, jedno jest pewne - „badania laboratoryjne stanowią najtańsze źródło informacji diagnostycznej. Są podstawą około 60% decyzji lekarskich, generują około 10% kosztów opieki zdrowotnej, co przy właściwym doborze oraz należytej interpretacji wyników czyni je jednym z elementów decydujących o skuteczności i ekonomicznej efektywności ochrony zdrowia” - stwierdza najnowszy raport NIK pn. System ochrony zdrowia w Polsce - stan obecny i pożądane kierunki zmian.

W każdym razie autoryzacja badań to na tyle ważna kwestia, że wymagałaby regulacji raczej na poziomie ustawy o diagnostyce laboratoryjnej. Jej nowelizacji, mimo obietnic ministra, środowisko diagnostów doczekać się nie może. Tymczasem istotne zmiany wprowadza się tylnymi drzwiami - poprzez zmianę rozporządzenia, którego zgodność pod względem prawnym, legislacyjnym i redakcyjnym na rządowej stronie internetowej potwierdzono … podpisem elektronicznym.