KL, Gazeta Wyborcza/Rynek Zdrowia | 19-04-2019 09:02

Coraz mniej oddziałów zakaźnych, coraz mniej specjalistów

W Polsce kurczy się kadra lekarzy chorób zakaźnych, a młodzi lekarze nie chcą się specjalizować w tej dziedzinie. Może to doprowadzić do sytuacji, że w przypadku epidemii pacjentom nie będzie miał kto pomóc. Obecnie na wizytę u zakaźnika czeka się nawet rok.

Na wizytę u zakaźnika można czekać nawet rok Fot. PTWP (zdjęcie ilustracyjne)

W Pomorskiem działają cztery poradnie chorób zakaźnych: w Gdańsku, Gdyni, Słupsku i Rumi. Najkrócej na wizytę czekać trzeba w Rumi - pierwszy wolny termin to koniec września. Najdłużej w Pomorskim Centrum Chorób Zakaźnych i Gruźlicy w Gdańsku - do stycznia 2020 r.

Podobnie wygląda sytuacja w całym kraju. Praktycznie we wszystkich szpitalach, oddziałach i poradniach zakaźnych systematycznie kurczą się zespoły specjalistów. Chociaż podjęto działania w celu zainteresowania chorobami zakaźnymi lekarzy kończących studia, poprawa jest niewielka.

W efekcie co roku niewykorzystana pozostaje duża pula miejsc rezydenckich tej specjalności. Np. w 2018 na 15 miejsc specjalizacyjnych w Podlaskiem nie zgłosił się ani jeden chętny na tą specjalizację. W województwie opolskim na specjalizację chętnych brakuje od lat, a w regionie pracuje tylko 8 takich specjalistów. W Dolnośląskiem pacjenci czekają na wizytę u lekarza chorób zakaźnych blisko cztery miesiące. NFZ przyznaje, że ma problemy ze znalezieniem chętnych do zawarcia umów w tym zakresie.

Jak mówił nam wcześniej prof. Andrzej Gładysz, były konsultant krajowy w dziedzinie chorób zakaźnych fakt, iż pacjent cierpiący z powodu choroby zakaźnej czeka tyle czasu na wizytę lekarską, to prawdziwy dramat, także ze względu na zdrowie publiczne. - Trudno pomyśleć z czym mielibyśmy do czynienia w przypadku nieoczekiwanej sytuacji epidemiologicznej i pojawienia się nowej infekcji (np. nowa postać grypy, koronawirus, ebola czy inna choroba o wysokim ryzyku zakaźności) - zauważał prof. Gładysz.

W jego opinii nowoczesne państwo musi być przygotowane na takie zagrożenia jak epidemia, zawleczenie wysoce zaraźliwej choroby zakaźnej czy atak bioterrorystyczny. I chociaż teoretycznie mamy naturalnie opracowane procedury postępowania na taką ewentualność, w praktyce oznacza to jednak garstkę zakaźników i bardzo niewiele łóżek dla chorych zakaźnie. Kurczy się także zaplecze diagnostyczne.

Profesor zwracał uwagę, że Polacy coraz częściej wyjeżdżają do egzotycznych rejonów świata i fakt przywleczenia choroby zakaźnej, która normalnie nie występuje w naszym kraju, takiej jak malaria, denga, dur brzuszny, jest bardzo prawdopodobny.