Akcje ratowników górskich - czy powinny być płatne z naszych ubezpieczeń?

Czy będziemy musieli zapłacić za pomoc? - takie pytanie coraz częściej słyszą ratownicy górscy od turystów. Odpowiedź w Zakopanem brzmi: w polskich górach nie, ale po słowackiej stronie Tatr już tak. Jesteśmy jednym z niewielu krajów, a jedynym w Europie Środkowej, który nie ma cennika usług ratowniczych powiązanego z ubezpieczeniami. To dobrze czy źle?

W Polsce nie obowiązuje odpłatność za akcje ratownicze. Nie jesteśmy krajem górskim i o ile na przykład w Szwajcarii dość łatwo określić co jest górami a co nie, to u nas nie jest już to takie proste.

Powstają pytania. Czy na przykład dojście do Morskiego Oka drogą asfaltową jest obarczone jakimś szczególnym ryzykiem i potrzebne są na taką okoliczność ekstra ubezpieczenia? Co jest ratownictwem górskim, a co nim nie jest? Czasem bowiem ratownicy, na przykład mroźną i śnieżną zimą muszą udać się do jakiegoś przysiółka by przetransportować potrzebującego pomocy, bo pogotowie nie może dojechać.

- Z pewnością odciętym w takich okolicznościach od świata ludziom należy pomóc przy wykorzystaniu wszystkich dostępnych środków, ale to już nie jest ratownictwo górskie i takie akcje powinny być finansowane z innych źródeł - sugerują ratownicy.

Fałszywe wezwania to rzadkość
Pytanie o finansowanie powracało też przy okazji fałszywych wezwań. Jest ich na szczęście coraz mniej, głównie dzięki większym możliwościom weryfikacji zgłoszeń. Dobrze, bo uzyskanie zwrotu kosztów akcji ratowniczej podjętej z powodu "żartu" jest problematyczne.

- Szukaliśmy w górach człowieka, która wzywał pomocy będąc na libacji... w Żorach. Oddaliśmy sprawę z powództwa cywilnego do sądu. Wygraliśmy po dwóch latach, zasądzono na rzecz GOPR tysiąc złotych. Ponieważ sprawca okazał się bezrobotnym kara została mu rozłożona na raty, z czego zapłacił dwie - mówi portalowi rynekzdrowia.pl Jerzy Siodłak, naczelnik Grupy Beskidzkiej GOPR.

 - To nie jest tak, że nagle startuje helikopter i wszyscy biegną w góry na pomoc. Jest wiele faktów i danych, które trzeba ustalić zanim podejmiemy działania ratownicze - stwierdza prezes zarządu TOPR Józef Janczy.

Jak podkreśla Józef Janczy, niedawny, głośny przypadek opisywany jako fałszywe wezwanie - powietrzny transport turystki z Orlej Perci, był w pełni uzasadniony. Media podały, że wędrująca po Tatrach rodzina wezwała TOPR licząc na to, że zabierze się śmigłowcem do Zakopanego...

- To jakieś nieporozumienie, nad którym moi koledzy nie zapanowali. Kobieta, do której wezwano ratowników miała górne ciśnienie ponad 200, a dolne około 150 i rzeczywiście nadawała się do transportu z gór śmigłowcem - opisuje Józef Janczy.



Rodzina kobiety, do której przylecieli ratownicy faktycznie pytała czy może z Orlej Perci odlecieć śmigłowcem, ale takiej możliwości nie ma. Na wszelki wypadek w towarzystwie ratownika, wszyscy zeszli do schroniska.

O polisę nie pytają
Gdy mowa o ubezpieczeniach pozwalających na pokrywanie kosztów operacji ratowników w górach, chodzi zwykle o narciarzy, także o turystów pokonujących trudne odcinki wysokogórskich szlaków.

- Jesteśmy jednym z niewielu krajów, a jednym w Europie Środkowej, który nie ma cennika usług ratowniczych powiązanego z ubezpieczeniami. Wszystkie te usługi są nieodpłatne. Ma to oczywiście swoje plusy i minusy - mówi naczelnik Siodłak.

Kwestia ubezpieczeń co jakiś czas powraca jak bumerang. Była już gorącym tematem, kiedy dyskutowano o nich w czasie prac nad nową ustawą o bezpieczeństwie w górach.


- Dzisiaj 50 proc. tego co wydajemy na ratownictwo w ciągu roku otrzymujemy z budżetu państwa, i to z coraz większymi problemami. Resztę musimy sami zarobić. O ile ta druga połowa pochodziłaby z wpływów od ubezpieczeń, rozwiązywałoby to problem - dodaje Jerzy Siodłak.

Znając realia ratownicy jednak jednocześnie mają obawy, że gdyby wprowadzony został system ubezpieczeń, to państwo mogłoby zechcieć dramatycznie ograniczyć finansowanie TOPR i GOPR.

TOPR wspomagają finansowo wpływy (15 proc.) z wejść turystów na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego. To stanowi mniej więcej tyle, ile na przykład Słowacy uzyskują z wpływów z ubezpieczeń.

- Nigdzie nie jest tak, że ratownictwo finansowane jest w 100 procentach z ubezpieczeń. Kwestią nadrzędną jest utrzymanie naszej gotowości. Koszty bezpośrednie użycia sprzętu w pracy ratowniczej są relatywnie niewielkie w stosunku do utrzymania gotowości, wyszkolenia, pełnienia dyżurów - zaznacza Janczy.

Start śmigłowca - od 5 tys. euro
Jak się kształtują ceny za pomoc w górach w Europie?

Za udzielenie zimą pomocy poszkodowanemu narciarzowi, gdzie wchodzi w grę jego transport do 3 km, ceny zaczynają się od 300 euro. Kiedy w góry wychodzą całe wyprawy poszukiwawcze, to kwota zaczyna się od 5 tys. euro wzwyż, w zależności od ilości zaangażowanego sprzętu i ludzi, ilości godzin. W przypadku użycia śmigłowca do akcji także ceny wzrastają. Cennik usług śmigłowca wymienia 5 tys. euro za sam start maszyny.

Generalnie wysokość ubezpieczenia zależy od firmy ubezpieczeniowej. Wielu turystów na zachodzie uprawiających górskie sporty - chodzą po górach, jeżdżą na nartach - korzystają powszechnie z ubezpieczenia Alpenverein. To koszt roczny w granicach 30-65 euro, a ubezpieczenie obejmuje nie tylko pomoc ratowników, ale i transport śmigłowcem do szpitala, itp.

U nas zakup tygodniowej standardowej polisy, to wydatek 50-70 zł od osoby. Tu też wysokość wydatku zależy od firmy ubezpieczeniowej i od ryzyka (rekreacja, wspinaczka, uprawienie sportów górskich).

- Niektórzy nasi turyści, którzy chodzą po górach na Słowacji, a nie wykupili ubezpieczenia i była im udzielana pomoc przez ratowników słowackich, przeżyli szok kiedy otrzymali na przykład fakturę na 30 tys. euro. Niestety, jeżeli człowiek się nie ubezpieczy, to ma to swoje konsekwencje - przekonuje naczelnik Siodłak.

Jak dodaje i usługi naszych ratowników są wycenione.

- Czy to jest we Francji, Niemczech czy Włoszech czy Słowacji lub Czechach - te ceny kształtują się podobnie. Ich stosowanie jest kwestią stworzenia odpowiednich przepisów, ale i rachunku ryzyka podejmowanego przez firmy ubezpieczeniowe: nikt nie chce dokładać do nowego ubezpieczenia. Na razie nic nie wskazuje na to, aby coś się miało zmienić - tłumaczy Jerzy Siodłak.

Propozycje wprowadzenia obowiązku ubezpieczania się pojawiły się podczas prac nad ustawą o bezpieczeństwie i ratownictwie w górach. Jak mówi Piotr Van der Coghen - ratownik górski, twórca i pierwszy naczelnik Jurajskiej Grupy GOPR, poseł na Sejm - było kilka powodów, dla których ustawa nie objęła tego zagadnienia.

Nie zepsujmy
- Przede wszystkim zaważyło stanowisko legislatorów, według których zapis taki wymaga zmiany kilku ustaw i byłby dość dużą operacją legislacyjną, skomplikowaną i na tyle długotrwałą, że niewykonalną w poprzedniej kadencji - stwierdza poseł.

Przeciwne były temu też GOPR i TOPR, które obawiały się, że wprowadzenie odpłatności za akcje z tytułu ubezpieczenia doprowadzi do cofnięcia dotacji rządowych, co nie poprawi, ale wręcz pogorszy sytuację ekonomiczną ratownictwa górskiego. Poza tym już teraz zdarzają się przypadki, gdy poszkodowani w wypadkach turyści obawiają się wzywania ratowników górskich, bo obawiają się, że będą musieli zapłacić za udzieloną pomoc. 

Jak przekonuje poseł, niepokojące sygnały dochodzą też z krajów, gdzie finansowanie ratownictwa opiera się o ubezpieczenia. Tam problemem są ludzie nie posiadający ubezpieczenia w chwili wypadku, a których nie stać na zapłacenie rachunku za akcję.

- Taka sytuacja powoduje, że alpejscy ratownicy mają wirtualne pieniądze na fakturze, ale w praktyce nieściągalne - stwierdza Piotr Van der Coghen.

W jego ocenie ustawa o bezpieczeństwie i ratownictwie w górach, która weszła w życie od początku 2012 roku uregulowała wiele palących kwestii. Zweryfikuje ją życie i potrzebny jest czas na empiryczne sprawdzenie na ile te przepisy są dobrze wyważone.

- Teraz powinniśmy monitorować jej zastosowanie w praktyce. Jako przewodniczący procedującego tę ustawę zespołu, zdaję sobie sprawę, że mniej więcej za rok, dwa, trzeba będzie dokonać jej nowelizacji, usuwając jej niedoskonałości. 
Pragnę też przypomnieć, że jest to pierwsze w historii polskiego parlamentaryzmu uregulowanie spraw związanych z bezpieczeństwem i ratownictwem w górach na poziomie ustawy - mówi nam poseł.

Podobał się artykuł? Podziel się!
comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH