GRUPA PTWP

W szpitalach przybywa osób, którymi nie chcą zajmować się rodziny

  • Ryszard Rotaub/Rynek Zdrowia
  • 21-08-2010 09:01

Podczas wakacji szpitalne łóżka blokują ludzie, którzy nie powinni ich zajmować. Nikt jednak nie odbiera tych pacjentów, więc miesiącami pozostają na garnuszku NFZ. Problem ma jednak znacznie szersze tło.

– To nie tylko wakacje. Do okresów, kiedy rodziny „zapominają” o najbliższych trzeba jeszcze zaliczyć ferie zimowe i okolice sylwestra – Ewa Sowa, pracownik socjalny od 10 lat zatrudniony w Wojewódzkim Szpitalu Bródnowskim w Warszawie wskazuje na sezonowość zjawiska.

Nie są to zatem incydenty związane z jakimś splotem okoliczności uniemożliwiających rodzinie terminowe odebranie chorego. To zaplanowane działania bliskich w ramach przygotowań do urlopu.

Podrzucanie schorowanego staruszka
– Niektóre rodziny stosują różne sztuczki, byle chory jak najdłużej został w szpitalu – opowiada w Dzienniku Łódzkim Adriana Sikora, rzeczniczka Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. M. Kopernika w Łodzi. – Unikają kontaktu z personelem udając, że... to nie oni, albo odwiedzają członka rodziny nocą, ukrywając twarz za kapturem. Uciekają się do kłamstw i awantur.

Rzeczniczka dodaje, że rekordzista, mężczyzna w wieku ok. 60 lat, przebywał w jej szpitalu 271 dni!

Jak załatwić hospitalizację osobie, której domownicy chcą się chwilowo pozbyć? Są dziesiątki sposobów na zapewnienie szpitalnego wiktu schorowanemu członkowi rodziny.

Wystarczy np., że po ostatnim powrocie ze szpitala nie poda się choremu na cukrzycę insuliny. Karetka pogotowia musi zabrać osobę z zagrożeniem życia. I leczenie zaczyna się od nowa.

O przykładzie z życia wziętym mówi Ewa Sowa: – Córka wzywa karetkę, bo mamusia zasłabła i konieczna jest pomoc. Ponieważ wezwanie dotyczy osoby starszej i obciążonej chorobami, trafia ona na SOR, a potem na oddział wewnętrzny.

W warszawskich szpitalach jest ok. 600 łóżek internistycznych. W czasie wakacji ich znaczną część zajmują starsi ludzie cierpiący z powodu odwodnienia i powikłań naczyniowo-sercowych, a tak naprawdę z powodu odrzucenia...

Blokada intensywna
Jeszcze gorzej, gdy „niechciani” trafiają na oddział intensywnej terapii. Prof. Wojciech Gaszyński, ordynator OIT w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym im. Barlickiego w Łodzi i wojewódzki konsultant w dziedzinie anestezjologii i intensywnej terapii mówił w maju tego roku portalowi rynekzdrowia.pl, że na jego oddziale jest osiem stanowisk do intensywnej terapii. Cztery zajęte przez pacjentów, którzy jej nie wymagają.

– Przykładowo jeden z mężczyzn po poważnym urazie jest w dużo lepszym stanie, ale póki ma rurkę tracheotomijną, nie przyjmie go żaden oddział ortopedyczny – tłumaczył prof. Gaszyński, wskazując, że niepotrzebne blokowane miejsc na intensywnej terapii to problem systemowy.

Nie rozwiążą go pracownicy socjalni, mogą jedynie złagodzić skutki.

Do obowiązków Ewy Sowy i jej koleżanki – również pracownika socjalnego – należy nawiązanie kontaktu z rodziną i nakłonienie jej do odebrania pacjenta. Ze względu na znaczny obszar działania placówki i rozmiary zjawiska nie są w stanie robić tego osobiście.

Współpracują więc z Ośrodkami Pomocy Społecznej, których pracownicy interweniują już bezpośrednio u rodzin w sprawie odebrania pacjenta po hospitalizacji. Gdy upomnienia i prośby nie działają, muszą odwołać się do środków administracyjnych.

Bezdomny pacjent
– Większy problem jest z osobami bezdomnymi, które zerwały rodzinne więzi i nie życzą sobie, by szpital informował najbliższych o ich losie – mówi Agnieszka Jeziorska, rzeczniczka Szpitala Bródnowskiego.

W ich wypadku pracownik socjalny korzysta ze wszelkich ustawowych uprawnień, żeby wyegzekwować pieniądze za leczenie i zapewnić schronienie we właściwym miejscu.

W tym celu musi przeprowadzić wywiad środowiskowy, w oparciu o który administracja samorządowa może zapewnić bezdomnemu 90-dniowe ubezpieczenie zdrowotne. Na tym sprawa się nie kończy.

Przejmowanie świadczeń
– Żeby ktoś taki mógł skorzystać ze schroniska dla bezdomnych, musi samodzielnie funkcjonować. Doprowadzenie do takiego stanu jest czasem niemożliwe. Dlatego występujemy o uznanie kogoś takiego za osobę niepełnosprawną i o zasiłek z tego tytułu. Wynosi 477 zł. Procedury trwają około 3 miesięcy, bywa że pół roku. Przez ten czas osoba bezdomna przebywa w szpitalu – wyjaśnia Sowa.

Bezdomny uznany za osobę niepełnosprawną, z uwagi na marny zasiłek, nie jest atrakcyjny dla zakładu opiekuńczo-leczniczego, który ma prawo potrącić 70 proc. z zasiłku stałego. Dla ZOL-ów, w których z reguły brakuje miejsc, najbardziej pożądanym pensjonariuszem jest zamożny emeryt.

Jednakże groźba utraty świadczenia emerytalnego lub renty bywa skutecznym straszakiem dla rodzin. Mogą ją stracić na rzecz zakładu opiekuńczo-leczniczego albo domu opieki społecznej, a dodatkowo rodzina musi dopłacić brakujące 30 proc., chyba że nie ma pieniędzy – wtedy koszty pokrywa gmina.

Działanie miejscowe

Szpital Wolski w Warszawie poszedł w ślady Bródnowskiego i zatrudnił również dwóch pracowników socjalnych. Jak mówi Barbara Udrycka, rzeczniczka placówki, było to trafienie w dziesiątkę, bo zajmują się oni wszelkimi formalnościami dotyczącymi osób nieubezpieczonych, które trafiają do szpitala.

– Dzięki ich sprawnemu działaniu, w ostatnim czasie nie mamy problemu z brakiem płatności za osoby nieubezpieczone – podkreśla.

Szpital Wolski nie ma problemu, ale starzejąca się Polska problem ma. Wydłuża się średnia długość życia. Kto ma się troszczyć o seniorów, gdy model rodziny wielopokoleniowej, w której starsi opiekowali się młodszymi, a młodsi starszymi odszedł do lamusa historii? Państwo ze swoimi instytucjami nie wypełnia na razie tej luki.

Czytaj więcej:    nieubezpieczony pacjent |  bezdomny pacjent

reklama
Przetargi
Wyszukiwarka ofert przetargów UZP
Praca
Wyszukiwarka ofert pracy
Copyright by Rynek Zdrowia