Marzena Sygut/Rynek Zdrowia | 02-03-2016 20:51

Prof. Buszman: pacjentów kardiologicznych leczymy najtaniej w Europie

Kardiologia potrzebuje m.in. skoordynowanej opieki, która będzie uwzględniać nie tylko hospitalizację, ale także co najmniej roczną opiekę poszpitalną - postulują eksperci.

Prof. Paweł Buszman, prezes American Heart of Poland S.A.; FOT. PTWP

Prof. Lech Poloński z III Katedry i Oddziału Klinicznego Kardiologii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu podkreśla, że od 50. roku życia krzywe zapadalności na zawał serca idą ostro w górę.

Liczba zawałów rośnie z wiekiem
- Dlatego jeżeli będziemy mieli coraz starsze społeczeństwo to oczywiste jest, że będziemy mieć coraz więcej zawałów. - W wieku 40-50 lat na zawał serca zapada 25 kobiet na 100 tys. mieszkańców, w wieku powyżej 80-85 lat liczba ta dochodzi do 130. Ta sama zależność dotyczy mężczyzn - zaznaczył prof. Poloński podczas sesji "Zręby nowoczesnej i kosztowo efektywnej opieki nad chorym ze schorzeniem sercowo-naczyniowym i osobą w wieku podeszłym” na lutowym Kongresie Wyzwań Zdrowotnych.

Dodał, że na szczęście Polska może się pochwalić doskonałą opieką wewnątrzszpitalną nad chorymi w okresie zawałów.

- Mieścimy się w grupie 3-4 państw, w których śmiertelność wewnątrzszpitalna w zawale serca jest jedną z najniższych w Europie (8-9%.). Gorszą śmiertelność mają Węgrzy, Czechy, Finowie, a porównywalną z nami bogate Niemcy - wyjaśnił prof. Poloński.

- Niestety, sytuacja bardzo źle wygląda w odniesieniu do mężczyzn w wieku produkcyjnym, czyli poniżej 65. roku życia. W tej grupie mamy śmiertelność na poziomie 38,2%. Jest to jeden z wyższych wyników w Europie. Gorsi od nas są tylko Węgrzy - 56% Widać wyraźnie, że w tej młodszej, aktywnej populacji mamy bardzo dużo do zrobienia. Dlatego niezbędna jest dobrze prowadzona profilaktyka pierwotna - zaznaczył prof. Poloński.

Podkreślił też, że efekty leczenia inwazyjnego zawałów serca są niepodważalne. Wśród osób leczonych inwazyjnie po roku umiera 12,3%, a wśród chorych, którzy byli leczeni zachowawczo trzy razy więcej. Wyjaśnił również, że koszty leczenia chorych z zawałem serca w skali kraju w ciągu pierwszego roku wynoszą 1,3 mld zł, a w ciągu trzech lat - 1,5 mld zł. Widać więc wyraźnie, że znaczne koszty ponosimy jedynie w pierwszym roku.

Jak płacą w innych krajach
Prof. Paweł Buszman, prezes American Heart of Poland S.A. zwrócił z kolei uwagę na fakt, iż mimo znacznych kosztów, które ponosimy ratując chorych po zawale serca, wciąż w Polsce wyceny tych procedur są najniższe na świecie.

- W badaniach europejskich porównano jakie koszty ponoszą różne kraje wykonując procedury interwencyjnego leczenia pacjentów z zawałem serca. Wynika z nich wyraźnie, że koszty leczenia zawałów i hospitalizacji z tym związanych są w Polsce wyceniane najniżej. Dla przykładu w Wielkiej Brytanii za taką usługę trzeba zapłacić siedem razy więcej niż w Polsce, w Irlandii dziesięć razy więcej, a w Niemczech ok. trzy razy więcej - zaznaczył prof. Buszman.

Dodał też, że gdyby skorygować te wyceny siłą nabywczą pieniądza, to wówczas polska wycena poszłaby nieznacznie w górę, a np. w Niemczech minimalnie w dół. Pomimo tej zmiany w dalszym ciągu bylibyśmy najtańszym krajem w Europie, który dostarcza tego typu usługę, nie mówiąc o tym, że gwarantujemy dostępność tego zabiegu na powszechną skalę.

Prof. Buszman zaznaczył także, że musimy w Polsce zacząć mówić o skoordynowanej opiece kardiologicznej i kosztach tej opieki. Koszty te muszą uwzględniać nie tylko hospitalizację ale okres przynajmniej jednego roku po zawale.

- Wydaje się, że moglibyśmy wzorować się na systemie szwedzkim, w którym wycenia się również koszt leczenia pacjenta do roku od wystąpienia zawału. Na proces ten składają się minimum cztery kontrole ambulatoryjne, nowoczesne leczenie farmakologiczne oraz konieczność dokończenia rewaskularyzacji mięśnia sercowego, np. założenie by-passów, czy też wszczepienie kardiowerterów defibrylatorów. Planowane zabiegi zależne są od stanu zdrowia pacjenta - podkreślił prof. Buszman.

Nie chodzi tylko o kardiologię
Prof. Tomasz Grodzicki, dziekan Wydziału Lekarskiego Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie zgadza się w rozwiązaniami proponowanymi przez prof. Buszmana, jednak ma do nich pewne zastrzeżenia. Dotyczą one wsparcia finansowego jedynie kardiologii.

W jego ocenie Polsce udało się dogonić Europę w dziedzinie kardiologii przy ogromnej pracy wielu ludzki, ale i dużym wsparciu systemowo-finansowym.

- Gdybyśmy spojrzeli na inne dziedziny, np. geriatrią czy choroby wewnętrzne, tam jest ogromne niedofinansowanie systemowe, ono również odbija się na kardiologii i na śmiertelności w tej dziedzinie. Brak wsparcia finansowego dziedzin sąsiadujących z kardiologią wpływa bardzo niekorzystnie na wyniki naszej dziedziny - zwraca uwagę prof. Grodzicki.

- Dlatego nie chciałbym, abyśmy odnieśli wrażenie, że jak się będzie wspierać tylko kardiologię, to się uzdrowi system. Nic bardziej mylnego. System w wielu dziedzinach ma dziury i w związku z tym na pewno wstrzymywanie finansowania kardiologii nie jest dobre, ale konieczne też jest finansowanie innych dziedzin, np. pacjent z cukrzycą, który ma źle kontrolowany poziom cukru też przyczynia się do tego, że chorych z zawałem mamy więcej - wyjaśnił prof. Grodzicki.

Czas na abonament sercowo-naczyniowy
Eksperci zwrócili uwagę, że obciążenia jakie czekają kardiologię i związane z tym trudności w planowanym dostępie do wymaganych procedur medycznych, powinny skłonić decydentów do poważnego zastanowienia się nad dopuszczeniem na rynek prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych.

W ocenie prof. Grzegorza Gieleraka, dyrektora Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie sens mają dodatkowe ubezpieczenia komplementarne, które można podzielić na dwa obszary. Pierwszy, o którym mówił były minister zdrowia Bartosz Arłukowicz, w czasach, gdy zapowiadał wprowadzenie ustawy o ubezpieczeniach zdrowotnych, to ubezpieczenia mające na celu ułatwienie chorym dostępu do określonych procedur poprzez omijanie kolejki.

- Druga forma ubezpieczenia komplementarnego, doskonale pasująca do kardiologii czy onkologii umożliwiałaby chorym otrzymanie, w ramach dodatkowego ubezpieczenia, leków niedostępnych w ramach NFZ - wyjaśnił prof. Gielerak.

Dodał też, że finansowanie tych ubezpieczeń nie jest wcale takie wysokie, a chętnymi do skorzystanie z nich byliby średniozamożni Polacy, tacy, których nie stać na kupienie usługi za gotówkę.

Z kolei prof. Buszman zaznaczył, że tam, gdzie mamy do czynienia z konkurencją - zarówno na poziomie płatników, jak i świadczeniodawców - usługa jest najlepsza i na pewno nie jest wyceniana zbyt wysoko.

Pacjent powinien mieć możliwość wyboru
- Centralne budżetowanie, które jest typowe dla systemów anglosaskich na początku wydaje się bardzo atrakcyjne. Z czasem jednak wszystko wygląda zdecydowanie mniej różowo. Polska ten system przećwiczyła z punktu widzenia kraju komunistycznego - przypominał prezes AHP S.A. - Wiemy, że system ten jest trochę nieludzki. W nim pacjent rozumiany jako klient, jest pojęciem abstrakcyjnym.

- Chory idzie zatem do szpitala prosząc o jakąś usługę. W przypadku systemów bardziej rynkowych obywatel ma możliwość stawiania wymagań, żądania od swojego ubezpieczyciela za opłaconą składkę konkretnych przysługujących mu świadczeń. Wybiera tego płatnika, którego pakiet mu najbardziej odpowiada i tego świadczeniodawcę, który oferuje dobrą jakość usług - podsumował prof. Buszman.