Katarzyna Gubała/Rynek Zdrowia | 07-05-2018 05:55

Starosta, który chce zamknąć porodówkę, musi mieć nerwy ze stali

Nie ma lepszego prezentu dla lokalnej opozycji niż informacja o tym, że starosta przymierza się do zamknięcia oddziału ginekologiczno-położniczego. To nic, że nierentowny oddział generuje potężne straty dla szpitala, że odbywa się na nim jeden poród dziennie, że brakuje lekarzy i położnych. Zamiast racjonalnych argumentów liczą się emocje i ambicje.

Wkrótce nastąpi fala zamykania oddziałów ginekologiczno-położniczych w małych placówkach? FOT. PTWP; zdjęcie ilustracyjne

Podczas sesji poświęconej ginekologii i położnictwu na niedawnym Kongresie Wyzwań Zdrowotnych w Katowicach prof. Krzysztof Czajkowski, konsultant krajowy w dziedzinie położnictwa i ginekologii powiedział, że przy założeniu, iż oddziały położnicze z liczbą porodów poniżej 400 rocznie przestają istnieć, do zamknięcia byłoby 80-83 porodówek w całym kraju.

Eksperci wskazują też, że liczą się nie tylko finanse czy sprzęt, ale i umiejętności. Zaś umiejętności, których się nie ćwiczy - a nie sposób robić to mając jeden lub pół porodu dziennie - mają tendencje do zanikania. Pogarsza się jakość, rośnie ryzyko powikłań, a wraz z nim ryzyko roszczeń. Czy nie powinniśmy jednak - choć rozumiemy patriotyzm lokalny niedużych gmin i powiatów - zrezygnować z części tych oddziałów? - pytali eksperci.

Zamykać? Łatwiej powiedzieć niż zrobić
Mariusz Misiuna, dyrektor Szpital im. św. Jadwigi Śląskiej w Trzebnicy wyjaśnia, że zagrożenia definitywnego zamknięcia porodówki nie było. Prawdą jest natomiast, że trzebnicka porodówka była zamknięta przez pewien czas. Związane to było z problemami z obsadą.

- Mimo że ciągłość pracy oddziału była zapewniona, nieobecność chorobowa dwóch lekarzy niosła pewne organizacyjne zagrożenia. Zamknęliśmy odcinek położniczy oddziału ginekologiczno-położniczego i przeprowadziliśmy jego remont. W tym czasie problemy kadrowe zostały rozwiązane, potem porodówka powróciła do przyjmowania pacjentek - informuje Mariusz Misiuna.

Szef trzebnickiego szpitala uważa, że jeśli w Polsce miałyby zamykać się oddziały położnicze, to będzie to raczej związane z brakami personalnymi niż liczbą porodów czy jakością.

- Brak lekarzy i położnych jest problemem, który występuje w całym kraju. Jeśli przyjęto by za kryterium liczbę porodów, pewna liczba oddziałów położniczych przestałaby istnieć - zaś zatrudniony w nich personel uwolniłby się dla rynku pracy, co nie znaczy, że rozwiązałyby się wszystkie problemy - mówi dyrektor Mariusz Misiuna.

I dodaje: - Obserwujemy, że lekarzy trudno jest nakłonić do pracy w szpitalach. Wielu z nich wybiera praktyki w przychodniach, prywatne jednostki czy gabinety zamiast pracy w szpitalu. To dotyczy zarówno specjalistów z długoletnim doświadczeniem, jak i młodych lekarzy

W rozmowie z Rynkiem Zdrowia szef trzebnickiego szpitala zauważa, że mimo różnych wyzwań - kadrowych i ekonomicznych - związanych z prowadzeniem porodówek, politycy niechętnie godzą się na likwidację takich oddziałów. - To rodzi niepokój, oburzenie i protesty lokalnej społeczności, nawet, jeśli oddział położniczy nie cieszył się najlepszą opinią  - zauważa dyrektor Misiuna.

Na chirurgii był tłum, na porodówce jeden poród dziennie
W Kolbuszowej porodówkę zamknięto pod koniec 2016 r. Starosta Józef Kardyś wspomina, że na oddziale odbywał się średnio jeden poród dziennie. - Na oddziale było zatrudnionych czterech lekarzy i cztery położne. Po liczbie porodów widać, ile mieli pracy. W tym samym czasie piętro wyżej oddziały chirurgiczny i urologiczny pracowały pełną parą. Bywało, że pożyczali łóżka z ginekologii - mówi starosta Kadryś.

Dodaje, że oddział ginekologiczno-położniczy generował spore straty. Nikt nie zastanawiał się, skąd wziąć pieniądze na ich pokrycie - ale porodówka miała zostać.

- Wylewano na mnie jako na starostę wiadra pomyj, były pikiety, petycje. To była bardzo ciężka decyzja, ale byłem zdeterminowany i wiedziałem, że trzeba ją podjąć. Czas uciekał, a chciałem wykorzystać fakt, że na mapie potrzeb zdrowotnych brakowało łóżek rehabilitacyjnych. I zrobiliśmy to. Dziś mamy 35 łóżek na oddziale realizującym na stacjonarną rehabilitację ogólnoustrojową - relacjonuje starosta kolbuszowski.

To nie jedyna zmiana na porodowej mapie województwa podkarpackiego. W 2017 r. została zlikwidowana porodówka w Sanoku. Być może taki sam los czeka oddziały ginekologiczno-położnicze w Lesku i Strzyżowie. Starosta zwraca uwagę na to, że brak porodów w szpitalach powiatowych nie bierze się znikąd.

- Nie jest tajemnicą, że jeśli w Kolbuszowej przyjmuje ginekolog-położnik z Rzeszowa, to da on ciężarnej skierowanie tam, gdzie pracuje, a kobieta ma prawo wyboru i z niego korzysta - dodaje Józef Kardyś.

Nadciąga fala zamykania porodówek?
Uchwała o likwidacji pińczowskiego oddziału ginekologiczno-położniczego zapadła w styczniu 2017 r. Bartosz Stemplewski, dyrektor ZOZ w Pińczowie, przypomina, że w pińczowskiej porodówce odbywało poniżej 200 porodów rocznie, czyli średnio około pół porodu dziennie, i nie było perspektyw na zmianę tego stanu rzeczy. Analiza danych wykazała, że liczba porodów w powiecie, który ma niecałe 40 tys. mieszkańców od lat systematycznie maleje.

- Dowiedzieliśmy się też ciekawej rzeczy, że ponad 10 proc. mieszkańców powiatu pińczowskiego rodzi się poza granicami Polski, np. w Wielkiej Brytanii. Uznaliśmy, że nie stać nas na utrzymywanie oddziału położniczego z działalności pozostałych oddziałów. Do tego dochodziły braki kadrowe zarówno wśród lekarzy, jak i położnych - wymienia Bartosz Stemplewski.

Wspomina, że sprawa zamknięcia porodówki miała fatalny przebieg w mediach. Atak za atakiem na starostę oraz na zarządzającego szpitalem. Zero merytorycznych argumentów. Było za to sporo odniesień do emocji, a także wypowiedzi typu: ''pacjentki przychodzą tu po to, żeby rodzić, a nie na nich zarabiać''.

- Przekazywano, że po likwidacji porodówki w Pińczowie nie będzie mieszkańców powiatu, że odległość 12 km do najbliższego szpitala to za daleko. Wprowadzano mieszkańców w błąd, że powiat chce zamknąć cały szpital - wylicza dyrektor ZOZ w Pińczowie.

Potem, gdy oddział położniczy udało się zlikwidować, dla odmiany, m.in. na konwencie powiatów, podawano pińczowski szpital i starostwo jako przykład, że warto się nie bać i trzeba iść tą drogę.

- W ostatnich latach spłaciliśmy znaczną część zobowiązań szpitala. Gdyby nie likwidacja porodówki, nie byłoby to możliwe. Jestem przekonany, że w najbliższym czasie nastąpi fala zamykania oddziałów ginekologiczno-położniczych w małych placówkach. W czasie, gdy my zamykaliśmy, mało kto likwidował. Były może ze 2-3 skuteczne likwidacje porodówek. Reszta podmiotów prowadzących próbowała, a potem się wycofywała - mówi Stemplewski.

Zapytany przez Rynek Zdrowia, czy w powiecie obserwuje, że kobiety wybierają prowadzenie ciąży i poród u specjalistów w dużych ośrodkach w dużych miastach, szef pińczowskiego szpitala potwierdza istnienie takiej tendencji.

- Teoretycznie powinno być tak, że jeśli nie ma porodówki w Pińczowie, szpital w sąsiednim powiecie odnotowuje wzrost liczby porodów. A tak nie jest. Jest grupa pacjentek, która chce lub powinna rodzić w szpitalu o wyższym stopniu referencyjności, w dużym mieście, u ginekologa, którą ją prowadzi. Bliskie położenie szpitala, to, że jest kilka czy kilkanaście kilometrów od domu, nie będzie dla nich przekonującym argumentem - podsumowuje Stemplewski.

Jeszcze powalczymy, bo zamknąć jest łatwo, a trudniej…
We Włoszczowie los oddziału ginekologiczno-położniczo nie jest jeszcze rozstrzygnięty. Na razie Szpital im. Jana Pawła II zawiesił działalność porodówki.

- Decyzję podjął nowy dyrektor placówki. Była ona podyktowana tym, że na oddziale został jeden lekarz. Zawiesiliśmy pracę oddziału na jeden miesiąc - do 31 maja. Dyrektor szpitala szuka lekarzy. Brakuje nam specjalisty z nazwiskiem, który przyciągałby pacjentki. W mieście działa prywatna przychodnia, która dobrze funkcjonuje i kieruje ciężarne poza nasz szpital. W dzisiejszych czasach każdy szuka porady wysokospecjalistycznej - mówi starosta Jerzy Suliga.

Dodaje stanowczo, że nie chciałby zamykać włoszczowskiej porodówki. - Pomijając presję społeczną - a w roku wyborczym jest ona jeszcze większa - jak się coś zlikwiduje, nie jest łatwo to odtworzyć. Chcielibyśmy ją uratować - zapewnia starosta.