JJ/Rynek Zdrowia | 04-03-2019 05:52

Oddziały ginekologiczno-położnicze zawieszają działalność. Czekają na baby boom?

Wielu dyrektorów szpitali, zwłaszcza tych mniejszych, powiatowych, chętnie by się pozbyło oddziałów położniczo-ginekologicznych, bo generują spore straty. Ich opłacalność oscyluje wokół 400 porodów rocznie, ale często jest dużo mniejsza. Do tego pojawiają się kłopoty kadrowe i żądania finansowe personelu.

FOT. Fotolia (zdjęcie ilustracyjne)

O ile w 2010 roku szpitale utrzymywały około 450 oddziałów ginekologiczno-położniczych, o tyle dzisiaj ich liczba zmniejszyła się o ok. 50. Część z nich znika, część jest czasowo zamykana - standardowo z powodu zaplanowanych remontów, ale także z powodu braku odpowiedniej kadry lekarskiej.

Takie kłopoty przeżywają np. szpitale w Prudniku i Kluczborku. W tym ostatnim początkowo oddział miał być nieczynny do 18 lutego, teraz jako przypuszczalny termin jego ponownego uruchomienia padano 8 marca.

Otwarcie oddziału w Dniu Kobiet w kluczborskim Powiatowym Centrum Zdrowia nie jest jeszcze pewne. Jego zawieszenie można będzie jeszcze przedłużyć. Teoretycznie, zgodnie z przepisami, zawieszenie może nawet trwać do pół roku.

Problem lokalny czy ogólnopolski?
Problem zamykania czasowego oddziałów ginekologiczno-położniczych ma nie tylko lokalny, ale także ogólnopolski wymiar. Jak zaznacza Andrzej Troszyński, rzecznik prasowy NFZ, decyzję o zamknięciu oddziałów podejmuje wojewoda, natomiast Oddziały Wojewódzkie NFZ, na wniosek wojewody, wydają opinię w tej sprawie.

- Z informacji otrzymanych z OW NFZ wynika, że w ciągu ostatnich trzech lat, w skali całego kraju, miało miejsce zamknięcie 5 oddziałów ginekologiczno- położniczych (trzy w 2017 roku oraz dwa w 2018). Znacznie więcej wniosków dotyczyło czasowego zawieszenia działalności. Najczęstszym powodem były zaplanowane wcześniej prace remontowe - informuje Rynek Zdrowia rzecznik Funduszu.

Czytaj: Starosta, który chce zamknąć porodówkę, musi mieć nerwy ze stali

W ostatnich latach do Dolnośląskiego OW NFZ wpłynął jeden wniosek o czasowe zawieszenie działalności z powodu remontu, w 2018 r. W Małopolsce były dwa wnioski (w 2018 i w 2019). Do Opolskiego OW wpłynęły trzy (jeden w 2017, dwa w 2019 r.). Natomiast Oddział Podkarpacki Fundusz przyjął dwa wnioski w 2016 r. (oddziały zostały zamknięte w 2017). Zamknięte definitywnie zostały także dwa oddziały w woj. świętokrzyskim (w 2017 r.w ZOZ w Pińczowie oraz w 2018 r. w ZOZ we Włoszczowie). Do Zachodniopomorskiego OW NFZ w 2018 r. wpłynął wniosek dot. zamknięcia oddziału w Szpitalu św. Jerzego w Kamieniu Pomorskim.

Czeka nas przepaść pokoleniowa
Jak mówi prof. Rafał Stojko, specjalista ginekologii i położnictwa oraz specjalista ginekologii onkologicznej, kierujący oddziałem ginekologii i położnictwa z pododdziałem ginekologii onkologicznej Szpitala Zakonu Bonifratrów w Katowicach, brak personelu to permanentny problem, związany przede wszystkim z tzw. luką pokoleniową wśród lekarzy.

- Jest to jednak szerszy problem. Tak zwanych porodówek rzeczywiście jest trochę za dużo. Zwłaszcza tych w mniejszych szpitalach. Są takie, które odbierają zaledwie 300, a i mniej porodów rocznie. To jest pod względem ekonomicznym nieopłacalne. Mało porodów w takiej placówce powoduje także, że ci, którzy tam pracują są mało doświadczeni - zauważa prof. Stojko.

- Sytuacje czasowego zamykania oddziałów będą się zdarzały coraz częściej. Kadry lekarskiej dramatycznie brakuje, a położnictwo jest bardzo wymagającą specjalizacją, obarczoną bardzo dużym ryzykiem. Dane, na przykład Śląskiej Izby Lekarskiej dotyczące przeciętnego wieku lekarzy w tej specjalizacji, są zatrważające. Za dziesięć lat będziemy mówić już nie o luce pokoleniowej, a o przepaści. Wobec położników pojawia się też bardzo dużo roszczeń. Także z tego powodu mamy sporo wolnych miejsc specjalizacyjnych z zakresu ginekologii i położnictwa - dodaje profesor.

Sytuacja każdego oddziału jest inna
Pytany o to, czy zamykanie definitywne i czasowe oddziałów położniczo-ginekologicznych to jedynie incydentalne zdarzenia - bardziej o podłożu ekonomicznym niż kadrowym - prof. Krzysztof Czajkowski, konsultant krajowy z zakresu położnictwa i ginekologii, wyjaśnia, że na każdym oddziale sytuacja jest inna.

- Czy mamy za mało lekarzy tej specjalizacji? Z pewnością przepisy prawa pracy ograniczyły możliwość dyżurowania i pracę lekarzy na dwóch oddziałach. To doprowadziło do sytuacji, w której może brakować obsady dyżurowej. Trzeba też zwrócić uwagę na to, że zmieniły się płace, szczególnie młodych lekarzy. Jeżeli mają prowadzić dyżury, a na małym oddziale pracuje zazwyczaj 4-5 lekarzy, zaczyna się problem z prawem pracy i z wynagrodzeniem. Jeżeli młody lekarz dostanie za dyżur dużo więcej niż doświadczony, to ten ostatni zapyta, nie bez podstaw - dlaczego? - mówi prof. Czajkowski.

Zdaniem profesora istotny wpływ na oddziały ginekologiczno-położnicze ma ilość porodów. Przy ich małej liczbie utrzymywanie oddziału nie do końca ma sens ekonomiczny. Ilość porodów ulega zmienieniu - w ubiegłym roku było ich około 388 tys., o prawie 14 tys. mniej niż rok wcześniej. Patrząc na krzywe demograficzne można szacować, że w wciągu najbliższych lat ta liczba może się jeszcze zmniejszyć o kolejne 20 tys. Później znowu trochę wzrośnie.

- Trudno jednak jest jednoznacznie stwierdzić, że oddziałów ginekologiczno-położniczych jest za dużo. Trzeba wziąć pod uwagę odległość między oddziałami. Niestety nie dysponujemy danymi, które pozwalałyby stwierdzić, że tych oddziałów jest za dużo czy za mało na określonym obszarze - zauważa prof. Czajkowski.

Zdaniem konsultanta krajowego, oddziałów, gdzie porodów jest rocznie około dwustu (a są takie, gdzie ich jest jeszcze mniej) nie ma sensu utrzymywać z dwóch powodów. Po pierwsze, doświadczenie personelu przy takiej liczbie zdarzeń jest znacznie mniejsze. Po drugie, oddział, który cały czas musi być utrzymywany w pełnej gotowości - z pełną obsadą lekarską, położnych, gotową salą porodową, patologią ciąży - z punktu widzenia ekonomii nie ma uzasadnienia.

Czajkowski przyznaje, że są kłopoty z kadrą lekarską, a i nie ma też zbyt wielu chętnych na specjalizację w tej dziedzinie. Jesienią ubiegłego roku na co czwartej był wakat.

- To duży problem, jednak należy pamiętać, że nasza dziedzina jest z gotowością do pracy zabiegowej - czyli dyżury są cięższe, a dodatkowo cieszy się dużym zainteresowaniem prawników. Jakakolwiek nieprawidłowość, czy jest zawiniona czy nie, znajduje finał w sądzie. Pacjentki są coraz bardziej roszczeniowe - ocenia prof. Czajkowski.

Wolne łóżka czekają
Jak informuje nas Ministerstwo Zdrowia, analiza przeprowadzona przez resort za okres 31.12.2017 - 28.01.2019 pokazała, że wykorzystanie łóżek na oddziałach było na poziomie od 44,3 proc. do 78,5 proc.

W poszczególnych profilach organizacyjnych wykorzystanie łózek szpitalnych przedstawia się następująco: oddziały niemowlęce - wykorzystanie 52,8 proc łóżek, odziały neonatologiczne - 50,4 proc., położniczo-ginekologiczne - 54,3 proc., oddziały ginekologiczne - 44,3 proc., oddziały patologii ciąży - 65 proc., oddziały położnicze - 66 proc., odziały położniczo-neonatologiczne - 78,5 proc., oddziały ginekologii onkologicznej - 60 proc.

Jak stwierdza Sylwia Wądrzyk, dyrektor biura komunikacji MZ, z danych wynika, że wykorzystanie bazy łóżkowej w oddziałach ginekologiczno-położniczych w sumie kształtuje się na poziomie 54,3 proc.

Czy mapy potrzeb zdrowotnych staną się skutecznym narzędziem planowania inwestycji w sektorze medycznym i finansowania świadczeń? - to jeden z problemów, który zostanie omówiony na sesji poświęconej mapom potrzeb zdrowotnych, zorganizowanej w ramach IV Kongresu Wyzwań Zdrowotnych (Katowice, 7-8 marca 2019 r.). Program całego Kongresu i rejestracja: www.hccongress.pl.

- Zarówno zwiększanie, jak i zmniejszanie liczby łóżek to naturalny mechanizm, za pomocą którego można wpływać na dostosowywanie bazy szpitalnej do aktualnych potrzeb zdrowotnych, epidemiologicznych i demograficznych każdego województwa. W związku z tym zmniejszenie liczby łóżek w oddziałach szpitalnych, w których jest niski wskaźnik ich wykorzystania, nie ograniczy dostępności do świadczeń - przekonuje Wądrzyk.