In vitro po polsku

Od 1 lipca zabiegi in vitro będą refundowane w ramach stworzonego specjalnie programu. Burza jaką wywołał rządowy program leczenia bezpłodności tą metodą nie cichnie od miesięcy. Wątpliwości budzą zapisy, które dotyczą m.in. wieku pacjentek, czasu leczenia niepłodności, a także liczby zarodków wykorzystywanych do transferu i wpływu zapłodnienia pozaustrojowego na rozwój dziecka.

Eksperci jednak chwalą program, zapewniają, że dzieci urodzone dzięki tej metodzie są zdrowe, ale dodają, że do zrobienia pozostało jeszcze bardzo wiele m.in. refundacja farmakoterapii w leczeniu niepłodności.

O programie, jego wadach i zaletach mówili specjaliści w Warszawie podczas seminarium  „Innowacje w leczeniu niepłodności - ocena dostępności w Polsce” (26 czerwca 2013 r.).

Prof. Marian Szamatowicz, prekursor leczenia niepłodności metodą in vitro zwracał uwagę, że od kilkunastu lat obserwujemy niekorzystne trendy w kwestii płodności, na co wpływ mają m.in. zmiany cywilizacyjne i związany z nimi styl życia. Dlatego problem leczenia niepłodności nabiera znaczenia powszechnego.

Jak podkreślał ekspert obecnie boryka się z nim ok. 15 proc. par. Stres towarzyszący problemowi niepłodności jest zaś porównywalny do stresu towarzyszącemu chorobie nowotworowej.

W opinii specjalisty o metodzie in vitro należy mówić jako o metodzie leczenia niepłodności, a nie sposobie zapłodnienia.

- Nie da się uciec w leczeniu niepłodności od korzystania z nowych technologii. Ważne jest, że sama procedura odbywa się obecnie z pełnym poszanowaniem dla nowopoczętego życia, co trzeba podkreślać ze względu na kontrowersje jakie ta metoda wywołuje w naszym społeczeństwie - podkreśla profesor.

Kiedy in vitro?

Jak wyjaśnia prof. Szamatowicz problem z płodnością najczęściej spowodowany jest przez czynnik męski (70 proc. przypadków) objawiający się małą liczbą plemników. Kolejne powody to zaburzenia funkcji jajnika, patologia jajowodów i endometrioza.

- O ile w przypadku czynnika jajników można leczyć się farmakologicznie , a jajowodów operacyjnie to w przypadku czynnika męskiego metodą wspomagania rozrodu jest właśnie in vitro - wyjaśnia ekspert i dodaje, że ta metoda jest też zalecana w przypadku, gdy inne metody leczenia okazały się nieskuteczne.

Ekspert zaznaczył, że w takiej sytuacji jest ok. 50 proc. par mających problem z rozrodem w kraju.

Wskazaniami do zabiegów są też brak jajowodów lub brak możliwości ich udrożnienia, endometrioza, niepłodność idiopatyczna, bezskuteczna inseminacja, niektóre choroby zakaźne oraz wady genetyczne.

Dla dobrze rokujących

Prof. Leszek Pawelczyk z klinki niepłodności i endokrynologii rozrodu Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, współtwórca projektu programu zdrowotnego ministra zdrowia zwraca uwagę, że lekarze kwalifikujący do programu będą musieli zdecydować, kiedy włączyć parę do procedury in vitro. Jednak to kogo włączą zostało ściśle określone w programie.

- Wszyscy mówimy o in vitro jako o panaceum na niepłodność, ale to nie jest do końca prawda. Nie każda para ma szansę na sukces zapłodnienia pozaustrojowego. O tym decyduje m.in. czas trwania niepłodności czy wiek kobiety, który ma olbrzymie znaczenia. Po okresie 34 -35 lat zdecydowanie spada prawdopodobieństwo zajścia w ciąże. Najlepiej rokują kobiety w 30 r.ż., kobiety po 40 r.ż. mają te szanse już małe - mówił prof. Pawelczyk, wyjaśniając dlaczego ministerialny program wprowadza ograniczenia wiekowe.

Ekspert przypomniał, że wydając pieniądze społeczne i bazując o określony budżet trzeba do programu zapłodnienia pozaustrojowego kwalifikować pacjentów, którzy najlepiej rokują.

Z tego powodu wykluczone z programu będą pary, które już były poddawane dwóm lub trzem programom zapłodnienia pozaustrojowego i albo nie udało się w uzyskać w ogóle komórek jajowych, albo po przeniesieniu zarodków do macicy nie udało się uzyskać ciąży.

Z programu nie mogą skorzystać też pacjentki z upośledzoną czynnością jajników, grupa par z poronieniami nawracającymi oraz kobiety, u których są jakiekolwiek nieprawidłowości anatomiczne.

Sukces to urodzenie zdrowego, jednego dziecka

Prof. Waldemar Kuczyński z Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku zwrócił uwagę, że konstrukcja programu uwzględnia uzyskanie jednego zdrowego dziecka, a nie ciąży mnogiej.

Jak wyjaśniał mnoga ciąża jest dziś porażką zespołu zajmującego się zabiegami wspomaganego rozrodu. W ciążach mnogich, nie ważne czy poczętych naturalnie, czy metodą in vitro, częściej dochodzi do wad wrodzonych, zwiększa się też ryzyko wszelkich powikłań.

- Z tego powodu w programie położono nacisk na unikanie tworzenia zarodków nadliczbowych i transferów większej liczby zarodków. Zarazem ma to zminimalizować straty zarodków - podkreślił Kuczyński.

Program rządowy narzuca transfer pojedynczego zarodka ( SET). Transfer DET ( max. dwa zarodki) dopuszczony będzie tylko w uzasadnionych przypadkach , głównie jeżeli pacjentka będzie w starszym wieku.

Eksperci zwrócili także uwagę, że wykorzystanie do zabiegów in vitro mrożonych zarodków - zgodnie z programem rządowym- zwiększa szansę uzyskania ciąży; takie embriony lepiej się przyjmują w narządach rodnych kobiety. Specjaliści tłumaczą to tym, że świeże zarodki wprowadzane są do organizmu kobiety bezpośrednio po stymulacji jakiej została ona wcześniej poddana dla uzyskania większej liczby komórek jajowych.

A to z kolei niekorzystnie wpływa na śluzówkę macicy, w której się zagnieżdża zarodek uzyskany w laboratorium po ich zapłodnieniu.

Brak refundacji leków

Eksperci zwrócili uwagę, że jedną z najważniejszych niedoskonałości obecnego programu jest brak refundacji kosztów farmakoterapii w ramach programu, które stanowią ok. 30 proc. kosztów w części klinicznej. Oznacza to, że za niezbędne w tej procedurze leczenie farmakologiczne trzeba będzie zapłacić samemu. I to wcale nie mało.

- Koszty leków są zróżnicowane dla poszczególnych kobiet, bowiem ich zużycie zależy od osobniczej właściwości jajników. Na farmakoterapię para musi wydać od 3 do 4,5 tys. zł, a czasem i więcej. Dla szeregu par stanowi to poważną barierę. Tym niemniej uruchomienie programu to dobra wiadomość - zwraca uwagę prof. Szamatowicz.

Jak wyjaśniał Wojciech Matusewicz, prezes Agencji Ocen Technologii Medycznych jest to wynikiem ograniczeń finansowych programu, ale także trudnością przeprowadzenia analizy skuteczności bezpieczeństwa farmakoterapii w przypadku leczenia niepłodności i jej ekonomicznej opłacalności.

 - Brakuje także danych epidemiologicznych dotyczących populacji kobiet chorujących na niepłodność. Na takie dane jest szansa dopiero w trakcie uruchomienia rejestrów w ramach programu leczenia bezpłodności metodą in vitro - zaznaczył.

Program nie wystarczy

To nie jedyne wyzwanie jakie stoi przed polską medycyną reprodukcyjną. Według ekspertów obecnych na seminarium przede wszystkim konieczne jest uporządkowanie kwestii prawnych.

Prof. Kurzawa zwracał uwagę, że obecnie rozmawiamy o programie ministerstwa zdrowia, a nie o koszyku świadczeń gwarantowanych. To oznacza, że nowy minister, który będzie przeciwny in vitro po prostu zamknie program.

- Konieczne jest formalne określenie standardów i bezpieczeństwa zapłodnienia pozaustrojowego poprzez wprowadzenie dyrektyw UE z 2004 i 2006 roku. Sejm boryka się z tym już od kilku lat. Na razie bez rezultatów. Program to ważny krok, ale o sukcesie będziemy mówili dopiero po ostatecznym, niezależnym od zmian na scenie politycznej, zapewnieniu leczenia niepłodności potrzebującym parom - podkreślał ekspert.

 

Podobał się artykuł? Podziel się!

CZYTAJ TAKŻE

comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH