Daniel Kuropaś/Rynek Zdrowia | 09-08-2019 06:00

Ministerstwo nie rezygnuje z raportowania terminów wizyt. Liczy, że dostawcy udoskonalą narzędzia

Wprowadzamy nowe zasady niemożliwe do spełnienia, a potem łagodzimy przepisy i dopuszczamy możliwość odstępstwa, zamiast odwrotnie: dać wytyczne dostawcom, przygotować narzędzia informatyczne, przetestować i dopiero wprowadzać nowe obowiązki - wskazują eksperci.

- Usunięcie obowiązku raportowania do godziny 10 to tylko pozorne dobrodziejstwo - uważa wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej Andrzej Cisło. Fot. Archiwum

Zmiany ustawowe, wprowadzające od 1 lipca br. obowiązek przekazywania do godziny 10 rano danych o pierwszych wolnych terminach wizyt do oddziału wojewódzkiego Funduszu, formalnie jeszcze obowiązują, ale w praktyce nie przetrwały w pierwotnej wersji nawet miesiąca. Już 19 lipca Sejm przegłosował ustawę o zmianie niektórych ustaw w związku z wdrażaniem rozwiązaniem w obszarze e-zdrowia, w której zawarł zmieniony artykuł o przekazywaniu informacji o kolejkach (bez godziny 10), choć codzienne raportowanie zostało utrzymane. 5 sierpnia ustawę przekazano prezydentowi.

- To jest krok naprzód, bo dlaczego akurat 10 a nie 11 godzina? Rozumiem 7 czy 8 rano przed rozpoczęciem pracy, miałoby to jakieś uzasadnienie, ale godzina 10? W tym wypadku jest np. problem z poradniami, które pracują w późniejszych godzinach. Dlatego możliwość raportowania o dowolnej godzinie to lepsze rozwiązanie - wskazuje Tomasz Zieliński, wiceprezes federacji Porozumienie Zielonogórskie.

Gorzej z placówkami, które nie działają codziennie i nie wiedzą, jak technicznie wywiązać się z nowych obowiązków. Stąd furtka dla placówek, które z tych czy innych powodów sobie z tym nie radzą.

- Przepisy pozwalają na wystąpienie do oddziału wojewódzkiego NFZ o czasową zgodę na wysyłanie tych raportów jeszcze co tydzień i z tego co wiem, to świadczeniodawcy masowo występowali o takie zgody. Wszyscy, z którymi rozmawiałem, zgody dostali - opisuje Tomasz Zieliński.

Problem dostawców i świadczeniodawców
Zdaniem wiceprezesa FPZ to całe zamieszanie jest konsekwencją tego, że jak zwykle zaczynamy pracę nad zmianami od złej strony.

- Najpierw powinniśmy dać wytyczne dostawcom oprogramowania i przygotować narzędzia informatyczne, które pozwolą to zrobić w sposób automatyczny i nie przeszkadzający w pracy personelowi poradni, a potem, jeśli okaże się, że wszystko działa - wprowadzać obowiązki. U nas najpierw się wprowadza obowiązek, potem okazuje się, że jest on niemożliwy do spełnienia, w związku z tym łagodzimy przepisy i dopuszczamy możliwość odstępstwa oraz czekamy, co się wydarzy - opisuje Tomasz Zieliński.

W związku z tym, jak wskazuje ekspert, jedni dostawcy sobie z tym radzą, inni nie radzą, a świadczeniodawcy mają problem - jeszcze do tego w okresie urlopowym, kiedy jest mniej personelu i informatyków. Zamiast ułatwiać, nowe przepisy utrudniają życie.

- Gdyby istniał system automatycznie komunikujący się z NFZ, żeby nie wymagało to aktywności personelu medycznego czy pomocniczego, byłoby to do zorganizowania. Jeśli trzeba to robić w większości wypadków ręcznie, to zabieramy czas pracownikom, a nikt z nas nie ma nadmiaru personelu - wskazuje przedstawiciel lekarzy rodzinnych.

W rezultacie wielu świadczeniodawców występuje do NFZ o zgodę na tygodniowe sprawozdawanie a nie codzienne. - Przez to do końca roku przetrwamy, od nowego roku będzie znowu problem - ocenia Zieliński.

Czy to w ogóle poprawi dostępność?
Jak z kolei przekonuje wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej Andrzej Cisło, usunięcie obowiązku raportowania do godziny 10 to ''tylko pozorne dobrodziejstwo, dlatego że pozostaje interwał jednodniowy, który nic nikomu nie daje''.

- Zwielokrotnienie obowiązku raportowania tylko po to, żeby wymusić polepszenie aktualizacji informacji o kolejkach nie jest dobrym rozwiązaniem, nie służy niczemu. Dlaczego? Jeżeli kolejka jest niewielka, to trzeba się tylko cieszyć. A jeśli jest większa i wizyta będzie np. umówiona na marzec przyszłego roku, to jaka jest różnica, czy to będzie 10 czy 12 marca? - zastanawia się Andrzej Cisło.

NRL nie chce też, żeby Fundusz uruchamiał narzędzia dyscyplinujące pod postacią kar czy kontroli za nieprzekazywanie danych. Rozwiązania informatyczne mają ułatwiać życie personelowi, poradniom, pacjentom, a nie generować problemy.

- Uciążliwość tego obowiązku dla placówek polega na tym, że trzeba ten plik po prostu wygenerować i przesłać na serwery, które czasami się zawieszają. Część pracy musi być zrobiona ręcznie - przypomina wiceprezes NRL.

Jak wygląda raportowanie?
Tymczasem Ministerstwo Zdrowia informuje Rynek Zdrowia, że ''obecnie raportowanie częściowo odbywa się automatycznie. Prowadzenie harmonogramu przyjęć (list oczekujących) w systemie informatycznym Narodowego Funduszu Zdrowia (tzw. aplikacji AP-KOLCE) zwalnia świadczeniodawcę z obowiązku raportowania danych dotyczących tych list. Tacy świadczeniodawcy przekazują wyłącznie informację o pierwszym wolnym terminie, pozostałe wymagane dane wyliczane są automatycznie przez aplikację''.

Jak to wygląda w praktyce? Nawet tam, gdzie można to zrobić automatycznie, zdarzają się problemy z niekompatybilnością.

- Generalnie obecnie sprawozdajemy do NFZ tzw. pierwsze wolne terminy, ale z aplikacją AP-KOLCE (kolejki oczekujących prowadzone na stronie NFZ) mamy inny problem. W naszym przypadku to na razie dwie kolejki (onkologiczna i endokrynologiczna) i jest to niestety wykonywane ręcznie przez dwóch pracowników z działu archiwum dokumentacji medycznej. Dlaczego ręcznie? Dlatego, że mamy problem techniczny: NFZ ma u siebie w systemie kolejki zarejestrowane jako poradnia, a u nas liczymy kolejki na gabinet. Więc jest problem z automatyczną wymianą danych - opisuje Wojciech Osewski, kierownik działu informatyki Centrum Onkologii - Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie, Oddział w Gliwicach.

Resort zdrowia poinformował nas także, że ''Narodowy Fundusz Zdrowia pracuje nad tym, aby każdy świadczeniodawca mógł dostosować swoją aplikację do automatycznego przekazywania do Funduszu danych, w tym dotyczących list oczekujących. 5 lipca 2019 r. na stronie NFZ opublikowano komunikat skierowany do twórców oprogramowania dla świadczeniodawców, który zawiera projekt dokumentacji interfejsu dostępowego mającego umożliwić integrację oprogramowania świadczeniodawcy z systemem Funduszu''.

Na razie więc Instytut wystąpił do oddziału NFZ z prośbą o to, żeby te podstawowe kolejki sprawozdawać dwa razy w tygodniu i dostał taką zgodę.

- Automat w szpitalnym systemie HIS ustawiony jest na wtorek i piątek. To też daje nam pewną możliwość, żeby jeszcze w razie potrzeby nanieść jakieś korekty i skontrolować, czy sekretarki się nie pomyliły. Chodzi o to, żeby później nie poprawiać błędów zgłoszonych już do Funduszu - tłumaczy Osiewski.

W jego ocenie obecnie to generuje pewne obciążenie dla personelu, ale z kolei jeśli automaty zadziałają, to nie będzie ono takie duże dla szpitala. Kierownik działu Informatyki w CO w Gliwicach nie widzi w tym większego problemu. Problem będzie jak zawsze na początku, żeby to wszystko dograć.

Ani grosza więcej
Jak przypomina z kolei wiceprezes Andrzej Cisło, istotną kwestią w przypadku np. przychodni, które wynajmują obsługę informatyczną, bo nie mają informatyków na etacie, jest również to, że wzrasta cena tej usługi. To są konkretne pieniądze.

Dlatego Tomasz Zieliński z FPZ sugeruje, że najlepszym rozwiązaniem byłoby najpierw takie narzędzie najpierw przetestować, czyli zobowiązać świadczeniodawców z AOS, żeby raportowali jak mogli najczęściej, sprawdzając, jak to działa.

- Ale wcześniej warto byłoby dołożyć im do kontraktu jakąś cześć procenta, żeby mieli motywację do codziennego raportowania. Jeśli świadczeniodawcy wiedzieliby, że dostaną większe środki, to np. zapłaciliby dostawcom aplikacji za poprawki - przekonuje przedstawiciel FPZ.

Przed zmianami wprowadzonymi 1 lipca br. placówki musiały przekazywać informacje o wolnych terminach raz w tygodniu, więc zwiększono obowiązki zwiększono im pięciokrotnie, ale złotówki więcej nie dostały.

- Cały czas w Polsce oszczędzamy na informatyzacji, na obsłudze administracyjnej. Najpierw środki z oczywistych względów idą na lekarzy czy pielęgniarki, a potem już nie wystarcza na resztę, więc mamy niższej jakości oprogramowanie i świadczenie informatyczne - podsumowuje Tomasz Zieliński.