Co bardziej porządny edytor tekstu podkreśla słowo "felczer" informując użytkownika, że "wskazany wyraz jest przestarzały"

Kiedy Krystyna Chmurkowska była Krysią, to chciała być tancerką. Ojciec wybił z głowy Krysi balet. Gdy Zuzanna Bełczowska była Zuzią, miała zostać rusycystką. Ciotki Zuzki - zakonnice i pielęgniarki zarazem - wyperswadowały jej filologię... Pół wieku temu, z okładem, postanowiły, że zostaną felczerkami. Dzisiaj nie żałują podjętej wówczas decyzji. Obecnie wszyscy polscy felczerzy są emerytami. Niektórzy jednak pracują na pół etatu, tak jak starszy felczer Zuzanna Bełczowska. Inni odpoczywają na zasłużonej emeryturze, stroniąc od pracy zawodowej, tak jak starszy felczer Krystyna Chmurkowska. W Polsce jest 980 felczerów. 248 z nich nadal pracuje w zawodzie. Felczer to zawód zanikający. Tak jak garncarz. Edytor tekstu podkreśla wyraz "felczer" i informuje, że "wskazany wyraz jest przestarzały". Słowo "garncarz" dla edytora jest jak najbardziej poprawne. Mury pięły się do góry, autobus czerwony jeździł po Mariensztacie, a nad miłującym pokój obozem socjalistycznym krążyły sępy imperializmu wietrząc, jakby tu wywołać III wojnę światową. Krystyna Chmurkowska doskonale pamięta atmosferę stalinowskiej Polski i pana Trajestera z Ministerstwa Obrony Narodowej. Tak ten pan Krysi namącił w głowie przy wydatnym współudziale jej najlepszej koleżanki, że zamiast iść do szkoły baletowej, zdecydowała się na felczerską. Był 1950 rok. Wtedy panna Krystyna miała circa 16 lat i jeszcze mniej doświadczenia. Owszem, mówili o tym, że ojczyźnie brakuje lekarzy. Przed wojną było ich 13 tysięcy. Po wojnie - niespełna siedem. Nikt wtedy wstępującym do 3-letnich liceów felczerskich ani 2-letnich pomaturalnych szkół felczerskich nie powiedział, że gdy wybuchnie kolejna wojna i w końcu socjalizm zatriumfuje, to trochę ludzi zginie dla ziszczenia się tej idei. Nie tylko żołnierze, ale i lekarze. Lekarzy we wczesnej PRL było mało. Ich kształcenie było długie i kosztowne. Z ekonomii politycznej socjalizmu wynikało, że lepiej będzie wykształcić zamiast jednego lekarza z pięciu felczerów. Statystycznie rzecz biorąc, przynajmniej dwóch z nich powinno doczekać zwycięstwa nad imperializmem… Ale o tym panna Krysia nie wiedziała. Jej mówiono, że Polska potrzebuje medyków. Czeka na nich wieś. Czekają pogotowia i zakładowe przychodnie. Na Krysię czekali w Siemianowicach Śląskich. Nauka w liceum felczerskim była połączeniem praktyki w szpitalu (z rana) z teorią w szkole (po południu). Na I roku licealista felczerski robił za pomocnika pielęgniarki. Na II roku było się kimś między pielęgniarką a lekarzem. Na ostatnim dyżurowało się z lekarzami. W tamtych czasach, kto się źle uczył, mógł być szkodnikiem społecznym trwoniącym pieniądze robotników i chłopów; fundatorów bezpłatnego szkolnictwa. Zatem panna Krysia do nauki przykładała się i dumała sobie, że dwa lata w Siemianowicach wytrzyma, gdy nagle… MON postanowił, że w Siemianowicach będzie szkoła tylko dla mężczyzn i panie mają sobie wybrać miasto, w którym chcą kontynuować naukę: Szczecin lub Świdnica. Krysi do Świdnicy było bliżej z rodzinnego Będzina, ale przyjaciółka (ta, co ją namówiła, aby baletki zamienić na kitel) radziła wybrać Szczecin, bo tylko tam panna Krysia mogła nadal grać wyczynowo w siatkówkę w miejscowym AZS. Pociąg do sportu i wiara w słowa przyjaciółki dowiozły ją i pannę Krychę do Szczecina. Okazało się, że tutaj dryl jest jeszcze większy niż w Siemianowicach, a na dodatek kierownictwo szkolnego koła ZMP nie chciało zwalniać uczennicy Chmurkowskiej na treningi, bo "wicie, rozumicie, towarzysze i koledzy - po pierwsze: nauka"! Panna Krystyna uczyła się. Drugi rok skończyła z wynikiem bardzo dobrym. I do pasowania na felczera zostało raptem kilkanaście miesięcy. Okazało się, że licho nie śpi. Licho najczęściej ma twarz, nogi, ręce. Tym razem przybrało postać koleżanki tej koleżanki, co Krysię zaciągnęła do liceum felczerskiego. A było to tak… Najlepsza koleżanka panny Krychy była o rok niżej. Z różnych przyczyn rodzinno-osobistych miała rok przerwy oraz egzamin z anatomii do zdania. Egzaminy przyszli felczerzy zdawali u profesorów z Akademii Medycznej. Ci ich nie znali, dokumenty dokumentami, ale na wszelki wypadek kazano zdawać w parach i jeden drugiemu potwierdzał tożsamość. Panna Krystyna zdała egzamin z anatomii, ale… oblała z życia w bardzo socjalistycznym państwie. Po egzaminie zaufana jej najlepszej koleżanki najzwyczajniej zakapowała, gdzie trzeba i była afera. Pani Krystyna wspomina dziś o tym z uśmiechem na ustach, ale pannie Krysi nie było wówczas do śmiechu. Wyszło jednak na to, że Krycha ma szczęście w nieszczęściu, bo poza złożeniem samokrytyki wystarczyło, że przez rok pracowała w szpitalu. W Szczecinie, na oddziale dziecięcym, jako pielęgniarka. W tej aferze z częściowym happy endem pocieszające było to, że egzaminujący Krychę profesor (Zajączek się nazywał) stwierdził, że jak na osobę, która anatomii uczyła się rok wcześniej, to wiedzę o budowie człowieka prezentuje na przyzwoitym poziomie! Patrząc na życiorys pani Krystyny można dostrzec przyczółek do postawienia tezy, iż władza ludowa, choć była z piekła rodem, to czasem miała Boga w sercu. Gdyby było inaczej, to jakimż sposobem i z jakiejże przyczyny miała pozwolić Krysi na kontynuowanie nauki? W liceum w Świdnicy, bo w Szczecinie miała… Wiecie, co miała! W mieście Świdnica, które po wiekach germańskiej okupacji wróciło ponownie do Macierzy, pannę Krystynę witano niczym bohaterkę. Fetowano jej przybycie może nie w całym mieście, jeno w Liceum Felczerskim, co i tak było wydarzeniem mało charakterystycznym dla ówczesnej rzeczywistości. Na szczęście wiatr z gór chłodził zapały socjalistycznych aktywistów i Pan Bóg pozwolił Krysi stać się felczerem. Egzamin był teoretyczny: matematyka, polski, biologia, geografia, historia, rosyjski. To do matury. Potem zawodowy: chirurgia, interna, farmakologia. Ciągnęło się trzy pytania. Z każdej dziedziny. I jak dobrze poszło, to dawali dyplom. Proste. Imperialiści nie atakowali i felczerzy nie musieli iść na wojnę, by ginąć za socjalizm. W 1954 r. tow. Stalin leżał sobie od ponad roku przy Leninie w mauzoleum, a felczer Chmurkowska dostała nakaz pracy do przychodni przyzakładowej w Sosnowcu. Dzięki temu mogła być co miesiąc bogatsza o 600 złotych. Wystarczyło to, by kupić materiał na sukienkę i zostało parę groszy, by mamie dać na życie. Już wtedy, kto chciał mieć troszkę więcej niż mało, musiał dorabiać. Felczer świeżego rzutu dorabiała dyżurami na pogotowiu - góra dwanaście w miesiącu! Gdy się przekraczało tę normę, to podatki były na tyle wysokie, iż wychodziło, że kilka dyżurów przepracowało się za darmo, ku chwale socjalistycznej ojczyzny. Życie zawodowe pani Krystyny - od czasów stalinowskich pod emeryturę w Polsce jaruzelsko-solidarnościowej - układało się pomyślnie. Na tyle dobrze, że nigdy nie miała kompleksu felczera. Za sobą ma pracę w przychodniach, szkolnych ambulatoriach, szpitalach, sanepidzie. Pani Krystyna nie żałuje, że była niczym giermek u boku rycerza. Nie cierpiała z tego powodu, że ze swym zawodem w medycznej hierarchii była szczebel wyżej od pielęgniarki i szczebel niżej od dyplomowanych lekarzy. Po latach lewitacji na wietrze zapomnienia między młotem a kowadłem, przypomniano sobie o felczerach. Pani Krystyna z dumą pokazuje, wyglądający niczym paszport obywatela Unii, dokument błyskający złotem o prawie wykonywania zawodu felczera. Taka materializacja uznania. Na stare lata i wspomnienia z przeszłości. Dzięki Unii Europejskiej w rękach felczerów znalazły się te książeczki! Kto jak kto, ale Zuzanna Bełczowska, przewodnicząca Zespołu ds. Felczerów w Federacji Związków Zawodowych Pracowników Ochrony Zdrowia i Pomocy Społecznej, wie o tym doskonale. W końcu ma swój udział w dziele wydobycia felczerów z cienia. Gdyby nie to, że przed Polską otwierały się drzwi do Europy i w kraju trzeba było doszlusować do unijnego standardu, to o felczerach pies z kulawą nogą by nie pamiętał. Swoje zrobili i z każdym rokiem spadali na margines medycznego świata. Szkoły felczerskie istniały dekadę. Ich mury opuściło kilkanaście tysięcy absolwentów. Niektórzy uzupełnili wykształcenie, zdobywszy lekarskie dyplomy. O pozostałych zapominano. Gdy PRL dogorywała, w służbie zdrowia pracowało nieco ponad dwa tysiące felczerów. Gdy w 1991 r. w ustawie o zakładach opieki zdrowotnej nie dano felczerom prawa do wypisywania recept (choć takie mieli wcześniej), w zawodzie było ich już o połowę mniej. Gdy pięć lat później naprawiono ten błąd, grupa była jeszcze bardziej wykruszona. Kiedy w 2002 r. debatowano nad projektem nowelizacji ustawy z 1950r. o zawodzie felczera, tychże aktywnych było już tylko 374. W trzy lata później ustawę znowelizowano. Felczerów nie przybyło. Z pobieżnej analizy statystycznej wynika, że ostatni felczer powinien zrezygnować z pracy, teoretycznie rzecz biorąc, za cztery lata. Pani Zuzanna nie wie, czy wówczas będzie pracowała w Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych w Warszawie. Wybór: Warszawa czy Żuławy był (latem 1956 r.) dla absolwentki Państwowego Liceum Felczerskiego w Warszawie prosty. Owszem, panna Zuzanna chciała bardzo wrócić do rodzinnego Opatowa, ale urzędnik z wydziału zdrowia Urzędu Wojewódzkiego nie miał w planie takiej opcji. Nie podoba się Warszawa, to proszę Żuławy. Tam już Zuzia była, ze Służbą Polsce buraki pieliła. Nie dziwota, że z dwojga złego wolała pracę w stolicy. Gdyby panna Krystyna spotkała się w tamtych latach z panną Zuzią, to popatrzyłaby na nią ze zdziwieniem. Toć felczerzy nie chcieli pracować na wsi, bo mało kto chciał tam pracować, więc kierowano ludzi do roboty z nakazem w kieszeni... A tu jakaś panna z Kieleckiego chciałaby do siebie wracać, bo Opatów jej się bardziej podoba od stolicy! Pani Zuzanna ma chwilę czasu, bo dzień wcześniej jej szefowa przyjęła w zakładowej przychodni wielu, wielu pacjentów, więc dziś ruch niewielki. Ma zatem czas, by powspominać czasy bardzo dawno temu minione. Gdy była małą dziewczynką, nie miała specjalnych zainteresowań medycznych. Nawet w harcerstwie, jak pani Krystyna, sanitariuszką nie była. Bardzo dobrze mówiła po rosyjsku, więc dyrektor jej gimnazjum mówił: idź ty do Poznania, na rusycystkę. Nie posłuchała jego, lecz ciotek i zdała do Liceum Felczerskiego. Dlaczego nie poszła na medycynę? Bo jej rodziców nie było stać na utrzymanie studentki. W liceum panna Zuza dostawała 300 złotych miesięcznego stypendium, mieszkanie miała za darmo, a i rodzice groszem ją wspomagali. Dziś to młódź powie: zajefajnie było! Syndrom sondy miała uczennica Zuzanna. To znaczy, gdy musiała na praktykach szpitalnych zakładać pacjentowi sondę żołądkową, to w duecie wydawali z siebie charakterystyczne uuuhmmee! Montowanie sondy z pewnością było mało przyjemne dla panny Zuzi, ale na zdrowie wyszło pani Zuzannie. Gdy w regulaminowym czasie i trybie stawiła się do Urzędu po nakaz pracy, to jak już nie mogła wracać do Opatowa, to przynajmniej wybrała sobie miejsce zatrudnienia. Postanowiła pracować w Wytwórni Surowic i Szczepionek. Dyplomowana felczerka pewnie tak sobie wymyśliła, że gdzie jak gdzie, ale w zakładowej przychodni nie trzeba będzie wciskać pacjentom gumowych rureczek w gardło! Siedem lat pracy w tej przychodni było dla Zuzanny Bełczowskiej owocne i potrzebne. Teraz, po dziesiątkach minionych lat, pani Zuzanna mówi: tu się nauczyłam medycyny! Z tą medycyną to było też tak, że bodaj z początkiem lat 70. felczerzy mogli ją studiować. Bez większych egzaminów. Wystarczyło zapisać się na specjalny kurs przygotowawczy. Pani Zuzanna nie zdążyła dopełnić formalności. I wcale - podkreśla to - nie ma z tego powodu kompleksów, nie rwała i nie rwie sobie włosów z głowy z żalu za dyplomem Akademii Medycznej, który przeszedł koło jej nosa. Ostatnia szkoła felczerska przestała działać w1959 roku. Wtedy felczerzy wiedzieli, że ich zawód nie będzie (jak to się mówiło) rozwojowym. Pani Zuzanna na emeryturę przeszła w 1991 r. W Wytwórni pracuje na połówce etatu. Gdy felczerów pozbawiono prawa wypisywania recept, zaktywizowała się związkowo... Przy Federacji powstała sekcja felczerska. Szybko trzeba było ją przemianować na zespół, bo nie dało się skompletować reprezentacji delegatów na zjazd Związku. Kiedyś, co miesiąc do warszawskiego Klubu Lekarza przychodziło kilkudziesięciu felczerów i lekarzy, którzy wcześniej byli felczerami. Dziś już nie przychodzą. Pozostało 980 nazwisk w rejestrze felczerów prowadzonym przez Naczelną Izbę Lekarską i z czasem będzie ich ubywać. Cieszy więc ten dokument w paszportowym kolorze i złotymi literami na okładce. To taki mały medal dla tych, którzy coś po sobie pozostawili.

comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH