Rozmowa z Czarosławem Kijonką, ordynatorem szpitalnego oddziału ratunkowego w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym nr 5 w Sosnowcu

- Panie doktorze, czy kosztowny system ratownictwa medycznego z wyspecjalizowanymi lekarzami medycyny ratunkowej w karetkach i w szpitalach jest nam rzeczywiście potrzebny?
- Ten system najsprawniej ratuje życie. Ma jeszcze wiele mankamentów, ale daje większe szanse na skuteczny ratunek w stanach nagłych. Mamy dobrze wyposażone ambulanse i coraz częściej właściwych lekarzy w tych karetkach. Umiemy zapewnić szybki transport do właściwego szpitala. Kiedy zaczynam dyżur w ambulansie, patrzę, jaka jest pogoda - jeśli dobra, wiem, że będę mógł liczyć na wsparcie śmigłowca.
W fazie przedszpitalnej radzimy sobie już całkiem nieźle. Gorzej z przejęciem poszkodowanego w szpitalu. Jeśli mam w ambulansie pacjenta z krwotokiem do jamy otrzewnowej i ciężkim urazem czaszkowo-mózgowym, nie mogę takiego chorego zawieźć do najbliższego szpitala, lecz do takiego, który jest szpitalem wielozadaniowym i najlepiej, jeśli działa tam dobrze wyposażony i zorganizowany oddział ratunkowy.
W moim przekonaniu system ratownictwa medycznego musi opierać się na lekarzach wyspecjalizowanych w udzielaniu profesjonalnej pomocy w stanach zagrożenia życia. Powinniśmy dążyć do tego, aby każdy lekarz prowadzący czynności ratunkowe w warunkach przedszpitalnych był jednocześnie zatrudniony w szpitalnym oddziale ratunkowym. Wtedy najlepiej opanuje umiejętności i wiedzę potrzebną w tej dziedzinie medycyny. Ci lekarze są grupą interdyscyplinarną. Wykonują wiele procedur klinicznych medycyny ratunkowej mających na celu stabilizację funkcji życiowych oraz leczenie w stanach nagłych, z leczeniem operacyjnym włącznie. Ale oczywiście nie można tych lekarzy uważać za wszechwiedzących omnibusów.
Są natomiast tak szkoleni, aby podołali konieczności szybkiego udzielania pomocy lekarskiej w trudnych, niemal polowych warunkach.

- Z tego, co pan mówi, wynika, że nasze ratownictwo medyczne jest coraz lepiej zorganizowane. Nie wiem tylko, czy to zdanie podzielają osoby wzywające pogotowie.
- Są sytuacje, kiedy przyjeżdżam do wypadku, a wzywający pokazuje mi telefon komórkowy z wyświetloną godziną wezwania i pyta: "Czemu tak długo?" Długo to już 8-15-20 minut. Pytam wtedy: - Co pan zrobił poza wykręceniem numeru telefonu pogotowia ratunkowego i trzymaniem zegarka w ręce? Niestety, najczęściej - nic. Nadal brakuje społecznej edukacji w zakresie udzielania pierwszej pomocy.

comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH