15 lipca br., Szczawnik koło Muszyny. 12-letni Kamil został przygnieciony przez bramkę na boisku. Szybko trafił do szpitala w Krynicy. Lekarz dyżurny stwierdził jednak, że chłopca trzeba natychmiast przewieźć do szpitala w Nowym Sączu. Zadzwonił na pogotowie. Przez 12 minut przekonywał pracowników, że to pilny przypadek i życie dziecka jest zagrożone.

Dziecko doznało m.in. urazu serca. Kolonista prosto z boiska trafił - o godz. 14.10 - do szpitala w Krynicy. Tam zdecydowano, że trzeba je przewieźć do odległego o 40 km Nowego Sącza w celu wykonania dokładnej diagnostyki. W drodze do szpitala w Nowym Sączu chłopiec był przenoszony do innej karetki. Po dotarciu do Nowego Sącza próbowano go reanimować. Ok. godz. 18.00 stwierdzono zgon. Od wypadku do śmierci chłopca minęły ponad 4 godziny.

Czy Kamil miał szansę

To najgłośniejszy, szeroko relacjonowany w tym roku przez media, przypadek, w którym naszemu ratownictwu medycznemu zarzucono błędy w funkcjonowaniu. Czy słusznie? Odpowiedź nie jest łatwa. Okoliczności tragedii wyjaśnia prokuratura. Biegli dociekają m.in., czy Kamilowi nie można było pomóc już w szpitalu w Krynicy.
Niezależnie od wyniku postępowania, warto przypomnieć fragment rozmowy telefonicznej między krynickim szpitalem a pogotowiem (za dziennikiem Polska):
Szpital w Krynicy: - W trybie pilnym karetkę, bo trzeba dzieciaka przewieźć do Sącza.
Dyspozytorka: - Ja mam tylko jedną karetkę. Nie będę miała co wysłać w teren.
Szpital: - No, ale to jest wypadek właśnie.
Dyspozytorka: - Ale ja nie będę miała w ogóle nic do roboty, jeżeli nie będę miała karetki z lekarzem, jeśli będę miała jakiś masowy wypadek?
Szpital: - No ileż miała pani masowych wypadków w tym roku?!
- Nie zawinił system. Są procedury, trzeba umieć z nich skorzystać - tak tragedię skomentowała minister zdrowia Ewa Kopacz. Uznała, że wydarzenia w Szczawniku, "to zwykły błąd człowieka". Nawet jeśli uznamy, że minister z urzędu zwykle stara się bronić systemu, za który przecież odpowiada, to tragedia Kamila dowodzi - co słusznie zauważa minister - że nawet najdoskonalsze procedury nie wyręczą ludzi.
Pozostaje pytanie - czy Kamila uratowałoby wezwanie śmigłowca?
- Sprawa jest prosta, jeśli wzywamy śmigłowiec na miejsce wypadku i wtedy rzeczywiście wystarczy telefon. Inaczej jest, jak w tym pierwszym przypadku, gdy chodzi o transport między szpitalami - mówił Rynkowi Zdrowia dr Marek Sechn z zarządu Polskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej. - Lot jest wówczas płatny i płaci za niego szpital wzywający śmigłowiec. Koszt wynosi około 7-8 tysięcy złotych, a więc sporo.

comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH