To nasz wspólny sukces: od portiera do dyrektora
- Katarzyna Rożko
- 16-12-2011 14:18
Historia prywatyzacji katowickiego Szpitala Urologicznego sięga 2002 roku. Prób było kilka. Wreszcie się udało. O meandrach i efektach przejęcia lecznicy przez spółkę akcyjną rozmawiamy z dr. Wiesławem Dudą, dyrektorem NZOZ Szpital Specjalistyczny im. prof. E. Michałowskiego w Katowicach.
Rynek Zdrowia: - Kiedy dzwoniliśmy do pana na początku listopada, pytając o wolny termin, w którym moglibyśmy się spotkać, pierwsza odpowiedź brzmiała: w styczniu. Czy tak napięty terminarz to codzienność lekarza naczelnego, dyrektora szpitala urologicznego i udziałowca spółki w jednym? Dr Wiesław Duda: - Dokładnie tak. Jest dużo wyczerpującej pracy, ale jeśli przynosi ona efekty, to tak może być. Zresztą to jest rzeczywistość, w której porusza się wielu dyrektorów szpitali publicznych i niepublicznych.
W ochronie zdrowia albo mamy konkurs, albo go odwołują, albo trzeba dostosowywać szpital do nowych przepisów itd. Nie ma mowy, żeby sobie spokojnie przygotować plan, a potem tylko odhaczać kolejne pozycje w nim ujęte. Jednak nie narzekam, to jest tylko pewnego rodzaju utrudnienie, które trzeba obejść.
- Zapewne takie nastawienie pomogło panu, kiedy miasto w 2002 r. zdecydowało o wydzierżawieniu Szpitala Urologicznego im. prof. E. Michałowskiego w Katowicach, a potem wycofało się z tego. Część urologów, zniechęconych postawą samorządu Katowic, odeszła wtedy ze szpitala. Następnie były dwa przetargi, w których miasto żądało za szpital 13 mln zł i do których pan doktor i jego koledzy lekarze jako spółka pracownicza nie stawaliście, twierdząc, że kwota jest za wysoka. Innych chętnych nie było. Ogłoszono kolejny przetarg...- W prawie ośmioletniej historii tej prywatyzacji było wiele trudnych momentów, ale najtrudniejszym był właśnie ten. Zaoferowaliśmy 12 mln plus 1 zł, wygraliśmy, a na trzy dni przed podpisaniem umowy u notariusza miasto się wycofało. Wtedy faktycznie ręce mi opadły. Z drugiej strony wierzyłem w ten szpital, porównywałem go do innych i widziałem jego mocne strony. Na przykład to, że nie miał długów.
To dzięki temu, że wszyscy, którzy tu pracują, musieli utrzymywać pewne ryzy finansowe, a jednocześnie pacjent w tym szpitalu nigdy nie musiał dopłacać do niczego - ani do opatrunku, ani do zabiegów.
To był nasz sukces. Od portiera począwszy, na dyrektorze skończywszy.
Pracownicy zawsze traktowali szpital jak swój.
- Potwierdziły to wyniki ankiety, którą zleciło miasto, decydując się na wydzierżawienie szpitala. Aż 80% pracowników szpitala opowiedziało się za prywatyzacją.- Szpital był naszą własnością w tym sensie, że mieliśmy zapewnioną pracę i nie musieliśmy się niczego obawiać. Również prywatyzacji.
Postawiłem sobie zadanie, że nikt nie może stracić pracy. I tak się stało.
Zasady pracy i płacy pozostały takie same. Ludzie nam zaufali. Świetnie przygotowana, doświadczona kadra tego szpitala to jest handicap tego szpitala.
Wprowadzaliśmy wiele nowoczesnych metod leczenia, a to też trzyma dobrych fachowców przy miejscu pracy. Są zadowoleni, że robią coś nowego, że mają dostęp do bardzo dobrego sprzętu, że czas pobytu pacjenta w szpitalu przy zabiegach onkologicznych skrócił się do 7-8 dni, tymczasem w innych szpitalach to wciąż 3 tygodnie. To jest przecież sens naszej pracy.
- Jednak przejęcie szpitala przez spółkę pracowniczą nie udało się.- W miejsce spółki pracowniczej powstała spółka akcyjna, ponieważ zespół pracowników nie był już w stanie przygotować wymaganych zabezpieczeń bankowych. W tamtych czasach wzrosły one dramatycznie i były poza zasięgiem lekarzy.
Miasto ostatecznie wróciło do koncepcji wydzierżawienia szpitala.
Firmą, która wygrała przetarg i w 2010 r. sprywatyzowała szpital, jest spółka akcyjna MED Holding. Wydzierżawiła lecznicę na 25 lat, wykupiła wyposażenie i sprzęt medyczny za 2,7 mln zł. Przejęła także w wieczyste użytkowanie część działki, na której powstał już nowy budynek szpitala.
Cena za działkę wyniosła 2 mln zł. W 99% udziałowcami spółki są osoby spoza branży medycznej.
- Czy zmiana z udziałowców lekarzy na osoby spoza branży wpłynęła w jakiś sposób na prywatyzację szpitala lub jego obecny kształt?- Szpital im. Michałowskiego jest placówką specyficzną, jednoimienną.
Przeprowadzenie wielu działań jest u nas łatwiejsze niż w szpitalach, które mają wiele oddziałów i jedne z nich są bardziej dochodowe, inne wymagają więcej nakładów. Tu jest constans. Nakłady, zyski, wszystko łatwo obliczyć.
Mimo tego trudno, po tak krótkim czasie, ocenić wpływ tej zmiany na obecny kształt spółki. Na pewno koncepcja dotycząca szpitala od samego początku jest taka sama. Zależało nam na poprawie jakości leczenia i wiedzieliśmy, że można to zrobić tylko w formie NZOZ-u.
Na przykład wyposażanie szpitala w sprzęt. Nawet jeśli otrzymywaliśmy go w darze, to trzeba było mieć zgodę Urzędu Miasta. Była zgoda, ale potem jeszcze jakiś urzędnik pytał: kto będzie płacił za przeglądy tych aparatów, bo jak miasto, to nie bierzemy. Mieliśmy więc sytuację, że ktoś chciał nam kupić urządzenie za 200-300 tys. zł, jednak mogłoby do tego nie dojść i to po okresie 6-7 miesięcy starań. Teraz ta sama procedura zajmuje nam 2-3 tygodnie.
- Czy po ponad roku możemy już mówić, że prywatyzacja to był dobry pomysł? Jest sukcesem?- W ciągu tego roku na pewno nie stało się nic złego. Wręcz przeciwnie, obok szpitala stoi nowy budynek w stanie surowym zamkniętym.
Obecnie zaczynamy go wyposażać, a za kilka miesięcy pacjenci i pracownicy będą mieli do dyspozycji cztery nowoczesne sale operacyjne, pracownię tomografu komputerowego, nowoczesny oddział łóżkowy z 34 łóżkami.
Trudno mi jeszcze dziś powiedzieć, czy będzie tam urologia, czy inny oddział. Jeszcze jako spółka lekarska wiedzieliśmy, że warto wprowadzić do lecznicy gastroenterologię oraz rehabilitację ginekologiczno- urologiczną. Tej ostatniej nie ma ani na Śląsku, ani, jak przypuszczam, w całej Polsce. Przekonaliśmy do tych idei obecnych właścicieli i w przyszłym roku o tej porze będziemy te świadczenia mieć w swojej ofercie.
Nowy budynek chcemy oddać do użytku we wrześniu 2012 r.
- Mówiąc o prywatyzacji, najczęściej używa pan słów: zaufanie i czas. Wydawać by się mogło, że jak o prywatyzacji, to głównie będzie o pieniądzach...- Podstawą jest zaufanie i wiara w to, że zamierzamy zrobić coś dobrego, nowoczesnego. Chcę pokazać, że prywatyzacja to nie jest coś, co buduje bariery, ale wręcz przeciwnie - znosi je. Około 8-9 lat temu byliśmy jednym z inicjatorów wprowadzenia do leczenia zielonego lasera Green- Light HPS. Zrobiliśmy kilka sesji na ten temat, ale ponieważ byliśmy publicznym zakładem, nie mogliśmy go zakupić, bo albo nie było pieniędzy, albo zgody... Tymczasem w trzy miesiące od założenia spółki kupiliśmy laser i nasi pacjenci mogą już z niego korzystać.
Samodzielny publiczny zakład opieki zdrowotnej ma w nazwie "samodzielny’", ale nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością. Na wszystko trzeba mieć zgodę właściciela, rad społecznych, dyrektor nie ma żadnej samodzielności finansowej, wszystko jest kontrolowane, a w przypadku jakiegoś potknięcia winny jest dyrektor.
- Zatem dyrektorowi prywatnej lecznicy jest łatwiej?- O wiele łatwiej jest prowadzić szpital jako niepubliczny zakład opieki zdrowotnej. Zarówno dyrektorowi placówki publicznej, jak i mnie zależy na działaniu na korzyść szpitala, ale ja się nie muszę bawić w przetargi.
To dla mnie strata pieniędzy i czasu.
Obecnie, gdy potrzebuję zamówić np. środki czystości, to po prostu biorę je od kogoś, kto oferuje najlepsze, a zarazem tanie, i jeszcze możemy za nie zapłacić na raty. Nie potrzeba mi do tego przetargu, papierów, komisji.
Zawsze chciałem robić coś nowego.
Kiedy pojawiła się możliwość wprowadzenia samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej - nie bałem się tego. Byłem pierwszy na Śląsku. Uważałem, że jest szansa i trzeba z niej skorzystać.
Opłaciło się. W różnych programach można było uzyskać pieniądze na doposażenie lecznicy. To był solidny zastrzyk dla szpitala, wzniósł go na poziom, z którego mogło być - i było - już tylko lepiej. To była pewnego rodzaju innowacyjność, podobnie jak niedawna prywatyzacja lecznicy.
- Przyzna pan dyrektor, że dla wielu szefów szpitali, ale i personelu medycznego czy pacjentów, "prywatyzacja" to słowo, które wciąż budzi trwogę.- Zastanawia mnie to, szczególnie w przypadku pacjentów, bo dla nich nie zmienia się nic. Wręcz przeciwnie - bardzo się o tego pacjenta dba, bo podstawą finansowania jest kontrakt z NFZ i nie można być aroganckim czy obcesowym w stosunku do pacjentów, bo jak ich zabraknie, to nie będzie realizacji kontraktu, a więc i dochodu. Szczególnie na Śląsku, gdzie - w przeciwieństwie do Warszawy czy Poznania - nie ma wielkiej tradycji korzystania z prywatnej ochrony zdrowia, musimy się opierać na tym, co daje nam jedyny płatnik - Fundusz.
Uważam, że gdyby wszystkie szpitale były sprywatyzowane, konkurencja byłaby na tyle duża, że te placówki, które dziś rodzą zadłużenia, zniknęłyby, bo nie miałyby pacjentów. Ci wybraliby placówki, które inwestują, rozwijają się, podnoszą poziom.
Jest grupa osób, która ma pieniądze, nie chce czekać w kolejkach, i dla nich też mamy ofertę. Ustaliliśmy cennik na poziomie kosztów NFZ. Podkreślam, prywatny pacjent płaci nam tyle, ile Fundusz. Nie podnieśliśmy opłat ani o złotówkę, wręcz przeciwnie.
Jeśli ceny miały na końcu 50 zł, to zaokrągliliśmy je na korzyść pacjenta.
To, że możemy leczyć również za prywatne pieniądze i robić to bez łamania prawa, to kolejny plus dla pacjentów, a także dla nas lekarzy.
- Rozmawia pan z nami jako menedżer, udziałowiec spółki, ale zaraz biegnie do pacjentów w przychodni, potem na salę operacyjną. Czy nie myślał pan o tym, żeby zostawić leczenie i zająć się tylko zarządzaniem?- Przyjmuję pacjentów, operuję, sprawia mi to wielką satysfakcję i będę to robił, dopóki mi zdrowia starczy. Nie wyobrażam sobie zarządzania szpitalem bez czynnego zaangażowania jako lekarz. Tego, że ktoś może przyjść na moje dyrektorskie miejsce, nie byłoby mi żal, ale tego, że nie mógłbym już leczyć - bardzo. Leczenie ludzi jest zawodem, który kocham nad życie. Taki był też sens tej prywatyzacji: leczyć nowocześniej, szybciej i taniej. Dbamy o każdą złotówkę, bo chodzi o to, żeby jak najwięcej pieniędzy zostało w spółce, chociażby na nagrody dla pracowników. To jest dla mnie bardzo ważne.
Uważam, że wynagrodzenie ludzi musi dawać im poczucie bezpieczeństwa i dopiero wtedy można od nich wymagać, a nie płacić złotówkę i wymagać pracy za 100 tysięcy. Udziałowcy, wchodząc z własnymi środkami do prywatyzacji tego szpitala, mieli na względzie fakt, że jest to szpital cieszący się renomą, a na tę markę zapracowali właśnie lekarze i pielęgniarki.
„Ludzie nam zaufali”- i to był wielki błąd!!!