Na ratunek potrzebującym pomocy medycznej marynarzom, rybakom oraz pasażerom promów latają śmigłowce z lotnisk w Gdyni i Darłowie

Kiedy alarmowy telefon wzywa na ratunek, doktor Daniel Bagiński wskakuje w piankowy kombinezon, na plecy zarzuca pięćdziesięciokilogramowy plecak z aparaturą reanimacyjną oraz lekami... I wraz z kolegami z załogi biegnie do śmigłowca. Jest jednym z pięciu lekarzy Marynarki Wojennej gotowych do udzielania pomocy ofiarom wypadków na Bałtyku.
Często, gdy zawiodą inne możliwości ratunku, polski "Sokół" startujący z lotniska marynarki wojennej w Gdyni pozostaje dla rozbitków ostatnią nadzieją na ocalenie życia.
Kapitan Daniel Bagiński pochodzi z Konina. Pociągała go woda. Zadurzył się w nurkowaniu. Kusiło go morze. Droga do niego, droga na pokład wiodły przez Wojskową Akademię Medyczną w Łodzi.
Gdyby trzeba było wybierać przydział wojskowy, nie wahał się ni sekundy: marynarka! To będąc w armii po raz pierwszy stanął na pokładzie. Potem już jako lekarz-stażysta ze szpitala Marynarki Wojennej w Gdańsku zaliczył kilka rejsów na szkolnym "Wodniku". Wrażenia? - Normalnie, jak to na okręcie - odpowiada bez emocji. Mimochodem dodaje, że w sztormie każdy, kto pierwszy raz trafia na okręt, nie wymiga się od złożenia daniny Neptunowi. - No, rzyga się w konwulsjach i tyle.

Przesiadka na "Sokoła"

Z tamtych lat w pamięć zapadł mu tylko jeden rejs... Płynęli przy wietrze dochodzącym do 12 stopni w skali Beauforta. Wysokie fale przelewały się przez dziób. Marynarz pełniący wachtę zranił się w udo.
- Zabieg przeprowadzałem nie w ambulatorium, ale w messie, bo tam miałem lepsze warunki - opowiada kapitan Dariusz Bagiński.
Lepsze, bo marynarza mógł położyć na stole, na którym normalnie jada załoga i przypiąć go pasami. Trafiał igłą w miejsce zszywania rany tylko dlatego, że sanitariusz z całej siły przyciskał łokcie doktora do blatu stołu. Kiedy w 2001 roku rozpoczął pracę w jednostce poszukiwawczo-ratowniczej w Gdyni, przyszedł tam z dobrymi referencjami od przełożonych i komisji lekarskich.
- Może latać - usłyszał po badaniach odbytych m.in. w komorze ciśnieniowej, w której musiał wytrzymać bez maski tlenowej w warunkach imitujących lot samolotem na wysokości 5 tysięcy metrów.
Wcześniej komisje dopatrzyły się tylko jednego mankamentu: jak się ma dwa metry, to nie można pływać na okrętach podwodnych. W lataniu śmigłowcem taki wzrost nie przeszkadza.
Przydzielony do jednostki poszukiwawczo- ratowniczej lekarz, nim poleci na pierwszą akcję, musi przejść szkolenie.

comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH