Kiedy jesteśmy wzywani, jedziemy z nadzieją, że wydobędziemy z ruin żywych ludzi. To, że tak trzeba myśleć, potwierdziło się na Haiti.

Rozmawiamy ze st. kpt. Państwowej Straży Pożarnej (PSP) Mariuszem Chomoncikiem - lekarzem Ciężkiej Grupy Poszukiwawczo-Ratowniczej PSP i mł. brygadierem PSP Sławomirem Wojtą - zastępcą naczelnika wydziału szkolenia specjalnych grup ratowniczych ze Szkoły Aspirantów PSP w Krakowie.

Rynek Zdrowia: - Trzęsienia ziemi w Indiach, Indonezji, Turcji, Iranie. Ostatnie w styczniu tego roku na Haiti. Tam też byli polscy strażacy-ratownicy...

Sławomir Wojta: - Zawsze liczymy się z tym, że takie wezwanie nadejdzie. Haiti zwróciło się o pełen zakres pomocy: medycznej, ratowniczej, humanitarnej. Zapadła decyzja rządu polskiego, że w pierwszej kolejności lecą ratownicy, czyli grupa USAR Poland - taka jest nasza przyjęta nazwa międzynarodowa. Na podstawie ustalonego dyżuru wyznaczono do wyjazdu 56 ratowników, którzy razem ze sprzętem stawili się na lotnisku w Warszawie.

- Doktorze, udzielał pan pomocy ofiarom kataklizmów w wielu krajach. Kim pan bardziej się czuje: strażakiem czy lekarzem?

Mariusz Chomoncik: - Oba zawody są dla mnie ważne. Zrobiłem specjalizację z anestezjologii i intensywnej terapii i niemal jednocześnie, żeby dostać pracę w straży, przeszedłem pełne szkolenie strażackie od szeregowca do studiów podyplomowych w Szkole Głównej Służby Pożarniczej w Warszawie. Przede wszystkim szkolę strażaków z zakresu pomocy medycznej, ale po służbie - żeby mieć stały kontakt z przypadkami z dziedziny medycyny ratunkowej - pełnię też dyżur y w szpitalu.

- Pamięta pan swój pierwszy wyjazd na ratunek ofiarom trzęsienia ziemi?

M.Ch.: - To były Indie. Tam przekonałem się, że co innego uczyć się teoretycznie o możliwym kataklizmie, a co innego widzieć jego skutki. Pierwsze zetknięcie z realną tragedią jednak zaskakuje. Porażał ogrom zniszczenia i tłumy ludzi potrzebujących pomocy. W epicentrum zawalone budynki, stosy ciał ofiar poukładane na ulicy.

- To mocne przeżycie dla młodego lekarza?

M.Ch.: - Nie tyle sam widok osób zmarłych, bo z nim styka się każdy lekarz, co bezmiar nieszczęścia.

- A co panu zapadło w pamięć najbardziej?

M.Ch.: - Akcja ratownicza kieruje się swoimi regułami i musi być dobrze zabezpieczona, nie ma tam miejsca na spontaniczne czyny. Po prostu wykonujemy zadania. A w pamięć z tamtego wyjazdu najbardziej zapadł mi widok szpitala polowego z krowami przechadzającymi się między rannymi pacjentami leżącymi na ziemi. To inna kultura, my tam byliśmy tylko gośćmi zobowiązanymi do uszanowania miejscowych zwyczajów.

- O czym pan myślał, lecąc na Haiti?

M.Ch.: - Myśli się przede wszystkim o tym, że jadę ratować życie i zdrowie ludzi, ale i o tym, że stopień bezpieczeństwa medycznego moich kolegów zależy w jakimś stopniu ode mnie. Wyjazd na Haiti miał charakter poszukiwawczo-ratowniczy, czyli nastawialiśmy się na szukanie osób pod gruzami oraz zabezpieczenie medyczne działań własnych i udzielenie pomocy medycznej osobom znalezionym w ruinach.

- Na gruzowiska lekarz taszczy ze sobą ważący około 30 kilogramów plecak medyczny. Co w nim jest?

M.Ch.: - Można powiedzieć, że jego zawartość odpowiada zawartości plecaka, jaki znajduje się na wyposażeniu karetki specjalistycznej.

- Jakie szanse na przeżycie mieli ludzie pod ruinami Portau Prince?

M.Ch.: - Te szanse zależą m.in. od charakteru zabudowy. Na Haiti, tam gdzie działaliśmy, przeważała budowa płytowa. Gdy zawalają się budynki z płyt, istnieje realna szansa, że taka budowla złoży się na tyle korzystnie, iż pozostaną wolne przestrzenie, w których przetrwają ludzie, którzy nie doznali większych obrażeń. Jeśli będą mieli dostęp do wody, pożywienia, ich szanse na dalsze przeżycie są zdecydowanie większe. Istotna jest też temperatura, niska powoduje wychłodzenie organizmu. Na Haiti z ruin ratownicy z różnych krajów wydobyli około 130 osób, przetrwały w przestrzeniach, jakie tworzyły walące się mury.

A np. w Iranie, gdzie domy były zbudowane z cegły wypalanej na słońcu, ludzie ginęli nawet nie dlatego, że coś ich przygniotło, ale dusili się z braku powietrza. Zostali szczelnie zasypani piaskiem.

Każdy lekarz czy ratownik jest w stanie ocenić na miejscu parametry życiowe uratowanych. Istotne jest nawodnienie takich osób, opatrzenie ran. Jeżeli wydobycie ratowanej osoby jest utrudnione, wykonywanie czynności ratowniczych można rozpocząć już w gruzach. Tak w Turcji koledzy podawali lek ratowanej osobie zasypanej od pasa w dół, z którą uzyskali kontakt.

- Na wyspę większość ekip ratowniczych dotarła i zaczęła działać po 3-4 dniach od kataklizmu. Na ile skuteczny jest ratunek po takim czasie?

M.Ch.: - Nigdy nie podejmuję się powiedzieć, ile dni ktoś przetrwa pod gruzami.

S.W.: - Jeśli ktoś już przeżył 3-4 dni pod gruzami, to jego stan nie jest poważny, a obrażenia nieduże. Pojawia się zagrożenie wynikające z braku wody, jedzenia, wychłodzenia. Na Haiti jeszcze po trzech tygodniach wydobyto żywą osobę. Jak sądzę, musiała mieć dostęp do wody i pożywienia.

Ratownicy bazują nie tyle na naukowym podejściu, co na doświadczeniach z akcji. Po katastrofie budynku w Korei, po 14 dniach wydobyli z ruin kobietę faktycznie bez żadnych urazów. W Meksyku, parę dni po trzęsieniu ziemi, wydobyto żywe dzieci z zawalonego szpitala. Proszę mi wierzyć, naukowe kalkulacje czasami na nic się zdają.

- I dlatego tam jedziecie?

S.W.: - Właśnie ze względu na takie przypadki jechać trzeba. Faktycznie najistotniejsze dla ofiar są pierwsze 2-3 doby po trzęsieniu ziemi. Wtedy szanse na dalsze przeżycie u osób bez poważnych obrażeń s ą dość wysokie. Później drastycznie maleją z dnia na dzień. W czwartym dniu liczba ocalonych jest zazwyczaj 10-krotnie mniejsza niż w pierwszych 2-3 dobach, w piątym dniu - wielokrotnie mniejsza niż w czwartej dobie. Potem długo nie udaje się znaleźć nikogo przy życiu, ale zdarza się, że i wtedy ratownicy odnajdują pojedyncze osoby.

Najmniej nadziei zostaje, gdy budynki są zbudowane z materiałów, które trzęsienie ziemi niemal obraca w pył. Na przykład w Iranie, mimo że na miejsce tragedii przybyło i działało wiele grup międzynarodowych, wydobyły tylko kilka osób w ciągu tygodnia działań. W Haiti, ze względu na inny rodzaj zagruzowań, uratowano 132 osoby. W Turcji, gdzie grupom ratowniczym udało się szybko dotrzeć na miejsce, wydobyto ponad 40 osób, mimo trwającej półtora tygodnia akcji.

- Ilu osobom na Haiti udzielił pan pomocy lekarskiej?

M.Ch.: - Nie dane nam było wydobyć żywych, więc udzielałem pomocy w ambulatorium utworzonym przez organizację "Lekarze bez granic" wspólnie z kolegami ze Szwajcarii. Przez nasze ręce w ciągu doby przewinęło się 85 osób.

Zwykle najwięcej pracy jest właśnie w ambulatorium. W Indonezji, gdzie po trzęsieniu ziemi działało ambulatorium Polskiej Misji Medycznej, przyjmowaliśmy około 100 osób; w Indiach, gdzie też funkcjonowało ambulatorium, w ciągu doby przewijało się do 90 osób. W Iranie wyjazd miał charakter poszukiwawczy i tam rzeczywiście pomoc była udzielana pojedynczym osobom bezpośrednio na gruzowiskach.

- Co można zdziałać w naprędce ustawionym ambulatorium?

M.Ch.: - Można opatrzyć rany i wykonać najniezbędniejsze, proste zabiegi ratujące życie, ale to nie jest szpital. Stamtąd poważnie poszkodowane lub chore osoby muszą być przetransportowane na dalsze leczenie. Są sytuacje, gdy nie można zwlekać. Na przykład trafił do nas 2-miesięczny chłopczyk z obustronnym zapaleniem płuc i bardzo mocną dusznością. Udało się nam to dziecko wysłać śmigłowcem do punktu przerzutowego, a stamtąd na amerykański statek-szpital zakotwiczony u wybrzeża.

Opatrywałem razem z kolegami ciężko poparzoną czteroletnią dziewczynkę, na którą podczas trzęsienia ziemi wylał się wrzątek. Ją też dzięki pracy zespołowej i działaniom kolegów w sztabie przerzucono śmigłowcem do szpitala izraelskiego, potem - według informacji, które do nas dotarły - to dziecko zostało zakwalifikowane do transportu do szpitala oparzeniowego w Miami. W ambulatorium przede wszystkim opatrywaliśmy rany i złamania.

- Cały czas tak naprawdę mówimy o jednej wielkiej tragedii. Na Haiti zginęło 200 tys. ludzi. Jak ratownicy podczas akcji dają sobie radę ze stresem?

M.Ch.: - Nie ma czasu na uruchamianie uczuć i na rozważanie, musimy jak najlepiej wykonać swoją pracę.

S.W.: - To nie jest bezduszność. My po prostu musimy robić swoje - ratować żywych. Jesteśmy przyzwyczajeni, nauczeni i szkoleni po to, żeby działać w warunkach po trzęsieniu ziemi. Na refleksję jest czas później. To oczywiste, że każdy z nas przeżywa taki wyjazd.

- Jesteśmy w nielicznym gronie kilku krajów, które posiadają certyfikowane ciężkie grupy ratowniczo-poszukiwawcze. To powód do dumy...

M.Ch.: - Dla mnie raczej do pokory. Na miejscu kataklizmu pracują obok siebie ekipy z różnymi emblematami narodowymi na rękawach. Rozumiemy się, bo podobnie myślimy i jesteśmy szkoleni do zespołowych działań. Ocalonym jest obojętne, kto ich uratował - Rosjanin, Niemiec czy Polak.

S.W.: - Na Haiti byliśmy jedną z czterech ciężkich grup z certyfikatem INSARAG. Stawiano nam bardzo duże wymagania w zakresie koordynacji. Musieliśmy do sztabu akcji kierować dwóch ludzi biegle mówiących w języku angielskim. Dodatkowo, oprócz pracy w wyznaczonym nam sektorze, stanowiliśmy grupę wsparcia dla ratowników z innych krajów. Prośby z ich strony dotyczyły np. pomocy przewodników z psami, wsparcia w zakresie sprzętu lub pomocy medycznej.

- Pracujący w pobliskich sektorach Port au Prince Rosjanie wydobyli pięciu żywych ludzi, Niemcy też pięcioro. Trochę szkoda, że na polskim koncie nie ma takiego sukcesu.

M.Ch.: - W naszym sektorze nie znaleźliśmy żywych, ale dlatego, że ich tam nie było. Nie możemy mieć żadnych kompleksów. Nie ustępujemy innym grupom pod względem wyszkolenia, wyposażenia. Potrafimy dokładnie to samo, co np. grupa niemiecka, znamy się ze wspólnych ćwiczeń na poligonach i razem współpracujemy.

- Rozmawiamy niemal na progu pierwszego roku, w który grupa wchodzi już z certyfikatem ONZ. Czego mamy życzyć panom i całemu zespołowi?

S.W.: - Jak najmniej wyjazdów na takie akcje, a także szczęścia. Ono też jest bardzo potrzebne i nam, i tym ludziom, którzy przeżyją zawalenie budynków. Jak mówiłem, teoretyczne rozważania dotyczące szans przeżycia ofiar pod gruzami nie zawsze się sprawdzają w praktyce. Dlatego zawsze my oraz ratownicy z innych krajów, kiedy jesteśmy wzywani, jedziemy z nadzieją, że odnajdziemy i wydobędziemy z ruin żywych ludzi. I to, że tak trzeba myśleć, potwierdziło się na Haiti. Ponad setkę zasypanych wydobyły ekipy między-narodowe.

Certyfikat INSARAG

Ciężka Grupa Poszukiwawczo-Ratownicza PSP jest wyposażona w sprzęt do prowadzenia działań w gruzowiskach: młoty udarowe, wiertnice, piły łańcuchowe oraz urządzenia do stabilizowania zawalonych konstrukcji.

W skład grupy wchodzą strażacy-ratownicy, przewodnicy z psami i lekarze. Dla zapewnienia skuteczności grupa powinna liczyć około 60-70 osób. Pozwala to na prowadzenie działań przez dwa niezależne zespoły . Grupa musi być gotowa do wyjazdu w ciągu 4 godzin.

Przyjmuje się, że grupa ratowników powinna być samowystarczalna w zakresie zapewnienia sobie noclegów i wyżywienia przez 14 dni, wody pitnej - przez 3 dni.

Certyfikowane grupy INSARAG (INTERNATIONAL SEARCH AND RESCUE ADVISORY GROUP) mają specjalistów-sztabowców przeszkolonych do prowadzenia koordynacji działań międzynarodowych. Na Haiti, w głównym sztabie akcji, wśród ośmiu koordynujących akcję osób pracowało dwóch polskich strażaków, wspólnie z kolegami z misji ONZ, Wielkiej Brytanii, Islandii i Niemiec.

Polska grupa uzyskała certyfikat w 2009 roku po wymaganych sprawdzeniach dokumentacji, procedur i przeprowadzeniu ćwiczenia certyfikującego. W chwili uzyskania certyfikatu polska grupa była jedną z 13 wśród takich ekip na świecie.

comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH