PW | 17-03-2011 13:09

Pomiędzy życiem a śmiercią

Ideę "złotej godziny", ukazującej zależność dobrego rokowania od czasu udzielenia właściwej pomocy w stanach nagłych, rozpropagował amerykański chirurg R. Adams Cowley. I on też jest uważany za pioniera nowocześnie pojmowanej medycyny ratunkowej.

Do ukucia słynnego dziś terminu wyznaczającego standardy w postępowaniu z ofiarami wypadków posłużyły mu dane jeszcze z I wojny światowej, zebrane przez francuskich lekarzy, którzy wykazali, że u żołnierzy leczonych w pierwszej godzinie po poważnym zranieniu śmiertelność wynosiła 10%, a np. u tych leczonych po 8-10 godzinach - już 75%. Według tych danych, ryzyko zgonu rosło bardzo szybko po rozpoczęciu się 4. godziny - wynosiło 33%; podczas gdy w 2. godzinie - jeszcze 11%, w trzeciej -12%.

Masz 60 minut

Cowley współtworzył w latach 70. ubiegłego stulecia na Uniwersytecie Maryland w USA system wczesnego leczenia urazów, między innymi wykorzystując do transportu pacjentów śmigłowce cywilne. Otrzymał poparcie, gdy wypadkowi samochodowemu uległ przyjaciel wpływowego gubernatora Marvina Mendela. Gubernator ustanowił dekret o powstaniu Centrum Urazów z Zakładem Medycyny Ratunkowej. Dziś jest to R. Adams Cowley Shock Trauma Center National Study Center for Trauma and Emergency Medical Systems.

O "złotej godzinie" Cowley w wywiadzie powiedział: "To jest godzina pomiędzy życiem i śmiercią. Jeśli jesteś ciężko ranny, masz mniej niż 60 minut, aby przeżyć. Może nie umrzesz akurat wtedy, tylko trzy dni albo dwa tygodnie później, ale wtedy coś się stanie w twoim ciele, co jest nieodwracalne".

Innymi słowy "złota godzina" to czas, jaki pozostał, by kogoś uratować. - Ale tak naprawdę nigdy nie wiemy, ile go mamy.

Dlatego zawsze należy się bardzo śpieszyć - mówi Piotr Łukiewicz, lekarz Lotniczego Pogotowia Ratunkowego z Warszawy. Pamięta wiele misji. Szczególnie te, w których leciał na ratunek dzieciom.

Opowiada: - Po czołowym zderzeniu TIR- a z samochodem osobowym zabieraliśmy dwuletnie dziecko siedzące z tyłu w foteliku, jedyne, które przeżyło. Miało objawy wstrząsu z powodu krwawienia do jamy brzusznej. Najbliższy właściwy szpital to taki, który nie ma lądowiska, jednak i tak to najszybsza opcja. Zawiadamiamy SOR tego szpitala i pogotowie z prośbą o transport.

Lądujemy, ambulans już czeka. Aby nie tracić czasu, nie przekazujemy dziecka, tylko wsiadamy z nim oraz ze sprzętem do karetki i jedziemy do szpitala. Ponad 7 minut jazdy na sygnale. W SOR-ze też czekają, chirurg, anestezjolog, ortopeda.

Szybko na blok operacyjny. Krew na grupę i krzyżówkę pobrana. W drodze na blok dochodzi do zatrzymania krążenia. Resuscytacja. Nie udało się...

Do dzisiaj doktor zadaje sobie pytania: Co można było zrobić szybciej...? Nasz rozmówca przypomina, że na "złotą godzinę" składa się szereg działań nazywanych łańcuchem przeżycia. Jeśli jedno z ogniw pęknie, łańcuch się rozrywa i nie spełnia swojej funkcji, a "złota godzina" dla tego pacjenta niestety mija.

Łańcuch przeżycia

Doktor Piotr Łukiewicz zaznacza, że dla przeżycia ofiar wypadków ogromne znaczenie ma zachowanie świadków zdarzenia.

Właśnie od ich postawy zależy podtrzymanie podstawowych funkcji organizmu do czasu pojawienia się wykwalifikowanej pomocy. Następne ogniwo w łańcuchu przeżycia to organizacja ratownictwa medycznego.

Szybkie przybycie tych służb, zabezpieczenie czynności życiowych i transport do odpowiedniego ośrodka, w którym nastąpi właściwa organizacja diagnostyki i leczenie poszkodowanego.

- Dzięki śmigłowcom możemy znacznie skrócić czas transportu pacjenta do odpowiedniego szpitala - to jest główna i najważniejsza ich zaleta - podkreśla lekarz. Od razu jednak dodaje: - Niewiele nam pomoże śmigłowiec, który nie ma gdzie wylądować. Niewiele nam pomoże deska ortopedyczna, z której pacjent jest przekładany kilka razy. Takich złych przykładów zależnych od nas, niestety, jest wiele i wynikają one z braku świadomości "gubernatorów", ale i zwykłych ludzi.

Do właściwego szpitala

Fakt, że czas, a więc pośrednio i organizacja pomocy mają decydujące znaczenie dla wyników leczenia, potwierdziło i polskie badanie zależności pomiędzy stanem klinicznym chorego przy przyjęciu i wypisie a czasem zaopatrzenia przedszpitalnego i szpitalnego*. Śmiertelność chorych z urazami czaszkowo-mózgowymi w stanie klinicznym bardzo ciężkim - dostarczonych do właściwego szpitala w Warszawie bezpośrednio z miejsca zdarzenia - średnio wynosiła 36%, podczas gdy u tych transportowanych ze szpitala o niższej referencyjności - 64%.

Na szczęście "gubernatorów", którzy rozumieją, jakie znacznie ma ratownictwo z powietrza, jest coraz więcej. Doktor Łukiewicz opowiada: - W jednym z miast, w którym nasze śmigłowce lądowały na stadionie, mieli do nas uwagi, że niszczymy murawę. Nadszedł dzień, kiedy z powietrza przynieśliśmy ratunek miejscowemu VIP-owi. Nie tylko skończyły się pretensje, ale wybudowali nam lądowisko...