Wojciech Kuta | 23-04-2013 15:38

Nie tylko płatnik decyduje o dostępie do świadczeń

Rozmowa z Marcinem Pakulskim, zastępcą prezesa NFZ ds. medycznych.

- Warto rozważyć różnicowanie kontraktów dla poszczególnych ośrodków, w zależności m.in. od odległych, nawet rocznych wyników leczenia pacjentów z ostrymi zespołami wieńcowymi?

 

- Płatnik opowiada się za uwzględnieniem w kontraktowaniu czynnika jakości i efektów terapii.

Dotyczy to oczywiście nie tylko kardiologii.

"Schody" zaczynają się jednak w momencie określania szczegółowych zasad takiego premiowania świadczeniodawców. Precyzowanie kryteriów jakościowych, obejmujących efektywność leczenia, nie jest zadaniem Funduszu. To rola nadzoru merytorycznego - konsultantów w danej dziedzinie medycyny, także towarzystw naukowych.

Następnie potrzebny jest mechanizm obiektywnej oceny, walidacji, obejmującej spełnienie tych kryteriów.

To z kolei powinno być domeną Ministerstwa Zdrowia. Ze swojej natury NFZ nie jest instytucją, która może narzucać standardy leczenia.

- Płatnik może jednak premiować określone skutki terapii.

- Tak, ale Fundusz jest swoistym odbiorcą informacji przetworzonej; interesuje nas ocena efektywności terapii - np. dobra, zadowalająca, niezadowalająca - natomiast kryteria tej oceny to kwestia czysto medyczna, którą z oczywistych względów musimy pozostawić lekarzom specjalistom zajmującym się istotą samego procesu diagnostyczno-terapeutycznego.

Nic zatem nie stoi na przeszkodzie, aby Polskie Towarzystwo Kardiologiczne stworzyło medyczne kryteria określające jakość i efekty leczenia. Potrzebny jest w tym względzie pewien konsensus pomiędzy poszczególnymi konsultantami i towarzystwami. Pozostaje kwestia praktycznego stosowania metod służących mierzeniu efektów terapii, a potem obiektywnej oceny, a także weryfikacji wyników uzyskiwanych przez daną placówkę, być może w postaci certyfikacji potwierdzającej poziom świadczeń.

Dopiero wtedy płatnik może wziąć pod uwagę taką ocenę. Bardzo chcielibyśmy uzależniać finansowanie świadczeń od ich jakości merytorycznej, musimy jednak dysponować narzędziami umożliwiającymi premiowanie wyników terapii.

- Specjaliści wskazują, że należy poprawić dostępność rehabilitacji kardiologicznej, głównie w trybie ambulatoryjnym.

- Dysponujemy twardymi danymi w tym zakresie. W rehabilitacji kardiologicznej we wszystkich ośrodkach dziennych w kraju łączna wartość umów w 2008 r. wynosiła 4,6 mln zł, a w 2012 r. - 7,3 mln zł. Liczba świadczeniodawców w 2008 r. to 35, natomiast w ubiegłym roku - 46. Nastąpił więc istotny wzrost finansowania tego rodzaju świadczeń.

Z moich doświadczeń w woj. śląskim wynika, że niektóre podmioty - mimo podpisanego kontraktu na rehabilitację kardiologiczną w trybie ambulatoryjnym - nie były w stanie w pełni go zrealizować. Informowali nas o tym fakcie sami świadczeniodawcy.

Sądzę, że występuje tu problem mentalny, zarówno po stronie pacjentów, jak i lekarzy.

Placówki zgłaszały nam, że były przygotowane do realizowania tych świadczeń, ale nie kierowano do nich pacjentów. Wydaje mi się też, że sami pacjenci niezbyt chętnie korzystają ze świadczeń w trybie ambulatoryjnym.

Płatnik podjął się trudu wydzielenia rehabilitacji kardiologicznej, która jest obecnie dobrze wyceniona.

Natomiast - jak wskazuje prof. Mariusz Gąsior ze Śląskiego Centrum Chorób Serca - nie wszyscy, którzy powinni, trafiają na tę rehabilitację (zob. relacja z debaty Rynku Zdrowia - str. 10-16 - red.).

Kiedy mówimy o dostępności świadczeń, zwykło się przywoływać tylko NFZ. Tymczasem o tej dostępności decydują trzy elementy: źródło finansowania, infrastruktura oraz personel.

- Jest szansa na skrócenie czasu oczekiwania na wizytę w poradni kardiologicznej, średnio wynoszącego obecnie pół roku?

- Nakłady na kardiologię wzrosły w ostatnich latach o kilkadziesiąt procent, natomiast kolejki w istotny sposób się nie zmieniły. Trzeba więc zadać pytanie, czy faktycznie środki finansowe są czynnikiem decydującym o czasie oczekiwania na wizytę, czy może bardziej ważne w tym przypadku są zachowania pacjentów i lekarzy?

Kiedy pracowałem jeszcze w śląskim oddziale Funduszu, zadzwoniła do mnie pacjentka ze skargą na wydłużenie terminu wizyty u kardiologa.

Okazało się, że chodzi jedynie o wypisanie recepty, którą bez problemu ta pacjentka mogła uzyskać u lekarza rodzinnego. Pani przyznała, że nawet nie próbowała skorzystać z wizyty u lekarza pierwszego kontaktu, gdyż od 10 lat leczy się u tego samego kardiologa.

Niektórzy pacjenci pomijają lekarza rodzinnego, mimo że nie ma potrzeby konsultacji u specjalisty, np. w celu modyfikacji leczenia.

A przecież lekarzom rodzinnym płaci się dodatkowo za pacjentów z chorobami układu krążenia, m.in. dlatego, aby w racjonalny sposób wydawać środki przeznaczane na kardiologiczną opiekę specjalistyczną.