Jestem już innym lekarzem

Rozmowa z doktorem Janem Musiałem, chirurgiem, od czterech lat zmagającym się ze szpiczakiem mnogim

- Kiedy nowotwór pojawił się w Pana życiu?

- O tym, że choruję na szpiczaka mnogiego dowiedziałem się w 2006 roku, ale niepokojące objawy wystąpiły w kwietniu 2005 r. Kichnąłem i... doznałem złamania żebra. Trywialne. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, że to symptom raka. Nie mogłem chodzić, miałem problemy z oddychaniem. Kilka dni przesiedziałem w domu na zwolnieniu lekarskim. Oglądałem na okrągło telewizję relacjonującą wtedy ostatnie dni papieża Jana Pawła II.

Latem wyjechałem z rodziną nad morze, zapomniałem o dolegliwościach.

Wróciłem do pracy, prowadziłem normalne życie. Ale już zimą poczułem się osłabiony. Na początku 2006 r. zrobiłem badania, m.in. zdjęcia płuc, kręgosłupa, który bardzo mnie bolał.

Badania wykazały m.in. anemię, podwyższony mocznik i kreatyninę, OB trzycyfrowe. Ze studiów pamiętałem, że szpiczak to choroba, w której m.in. jest właśnie taki bardzo przyspieszony opad.

Byłem akurat na dyżurze w szpitalu, gdy zdałem sobie sprawę z wymowy tych wyników. Chciałem zadzwonić do żony, ale zdecydowałem się najpierw zasięgnąć opinii koleżanki, która jest hematologiem. Mówię jej: "Mam pacjenta z takimi wynikami. Co jeszcze można zrobić?". Nie chciałem ujawniać, że chodzi o mnie, żeby nie usłyszeć w słuchawce emocjonalnej reakcji w rodzaju: "Janek, o Jezu, ty masz szpiczaka".

"To może wyglądać na szpiczaka" - powiedziała, radząc, jakie badania należałoby jeszcze wykonać u "tego pacjenta". Na drugi dzień pojechałem z żoną na internę. Wątpliwości nie było. Tak, to szpiczak mnogi.

- Pierwsza reakcja na diagnozę?

- Wesoło nie było. Pierwsza myśl? Mniej więcej taka: "Wszyscy kiedyś umrzemy, ale dlaczego właśnie teraz i akurat na taką chorobę?". Przez dwa tygodnie byłem na oddziale wewnętrznym.

W tym czasie żona z kuzynem szukali w internecie specjalistów od szpiczaka.

W ten sposób trafiliśmy do doktora Artura Jurczyszyna z Kliniki Hematologii Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.

Ale nie trafiłem tam od razu. Leczenie zaczynałem w innym szpitalu.

Przeszedłem kolejne chemioterapie. Piękną wiosnę 2006 r. spędziłem w szpitalu. Po czterech cyklach chemioterapii poczułem się bardzo dobrze, nastąpiła remisja choroby. Założyłem krótkie spodenki, sandałki i uciekałem sobie na spacery. Uwielbiam długie marsze, a przez tygodnie hospitalizacji nie miałem ku temu okazji.

comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH