Profesor Aleksander Sieroń statystował kiedyś w filmach batalistycznych. To z tamtych lat pozostało mu zamiłowanie do białej broni.

Szablą włada zupełnie nieźle, ale jak sam mówi, jest z natury pacyfistą i kiedy nie musi, nie zabije nawet muchy. Profesor Aleksander Sieroń z upodobaniem zbiera białą broń. Choć na kultywowanie wielu innych rozlicznych hobby nie ma już czasu, ta akurat pasja pozostała mu z lat młodości, kiedy gnał przez życie cwałując na rumakach.
Do tamtych wspomnień wraca z sentymentem. Studiując dwa fakultety - politechniczny i medycynę, zdążył jeszcze zostać filmowym kaskaderem, statystującym z upodobaniem w batalistycznych scenach z udziałem konnicy. Kiedy opowiada o tamtym okresie swojego życia, pryska gdzieś profesorska powaga. Jak udało się profesorowi pogodzić naukę z życiową pasją? Wszak siedząc w strzemionach trudno czytać naukowe książki.

Fechtunek do krwi

- To proste - odpowiada żartując, z dystansem do samego siebie, na który stać tylko ludzi pewnych swoich dokonań.
- Studia ścisłe mają to do siebie, że ten, kto jest średnio zdolny, tak jak ja, ale pracowity, musi solidnie się uczyć jakieś dwa miesiące w roku, żeby pozdawać wszystkie egzaminy. Pozostałe miesiące trzeba jakoś wykorzystać...
Wykorzystał je galopując w klubie jeździeckim i na filmowym planie.
W mundurze ułana statystował w filmie "Jeszcze słychać śpiew i rżenie koni".
W pięćdziesiąt koni, razem z innymi jeźdźcami, cwałował gdzieś nad War tą, z wyostrzoną szablą w dłoni, tnąc wszystkie możliwe łozy, jakie napotkał po drodze. "Ginął" od wybuchów, spadał razem z ogierem (to już naprawdę) z nadrzecznej skarpy kilkanaście metrów w dół do wody. Wcześniej musiał podpisać zobowiązanie, że w razie skręcenia karku nie będzie rościł żadnych pretensji do producenta filmu.
Czasami ponosiła iście ułańska fantazja. Wieczorem, po zdjęciach, przy ognisku stawała skrzynka piwa. Razem z kolegami brali się za fechtunek. Ożywał duch Kmicica. Nie kończyło się tylko na szczęku broni. Cięli ostro. - Nie było to za mądre, krew się lała. Zabić się nie pozabijaliśmy, ale czasami trzeba było szukać lekarza, który zszywał nasze rany - przyznaje profesor Sieroń.

Profesorska zbroja

Jak mawia profesor, tamte czasy minęły jak sen złoty. Pozostało zamiłowanie do białej broni. Czysto kolekcjonerskie.
Szable, koncerze, miecze wiszą spokojnie na ścianach. To w większości wierne repliki bez większej wartości, może poza tą sentymentalną. Ich widok przywołuje na myśl czasy wielkiej chwały polskiego rycerstwa spod Grunwaldu, Wiednia.

comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH