Pięcioletni Patryk Błaszyński od 13 miesięcy nie mówi, nie chodzi, nie może samodzielnie usiąść, nie ma kontaktu z otoczeniem. W takim stanie znalazł się, kiedy stracił przytomność po zabiegu usunięcia stulejki wykonanym w Samodzielnym Publicznym Szpitalu Klinicznym w Szczecinie. Po banalnym zabiegu nie trafił na salę wybudzeń, bo takiej w szpitalu nie było. Prokuratura w ogóle nie rozważała tego wątku. Według sądu zawinnił anestezjolog.

Krótko po operacji chłopiec zaczął sinieć i przestał oddychać. Doszło do niedotlenienia i uszkodzenia mózgu. Nikt nie zareagował od razu, bo dziecko zostało położone w zwykłym pokoju, a nie - jak nakazują wytyczne ministra zdrowia i NFZ - w sali pooperacyjnej z urządzeniami monitorującymi funkcje organizmu i stałą opieką pielęgniarską. Takiej sali Klinika Chirurgii i Onkologii Dziecięcej, gdzie odbywał się zabieg, po prostu nie miała.

Mama Patryka musiała zrezygnować z pracy, gdyż synek wymaga stałej opieki.

Z polisy od odpowiedzialności cywilnej szpitala państwo Błaszyńscy dostali 250 tys. zł. Szpital przyznaje się do błędu - zaproponował, że może jeszcze dodatkowo zapłacić 50 tys. zł i dożywotnio wypłacać Patrykowi rentę w wysokości 1,5 tys. zł miesięcznie. Rodzice będą ubiegać się w sądzie o wyższe odszkodowanie.

Dlaczego prosty zabieg skończył się tragicznie? Śledztwo nadal trwa, ale wszystko wskazuje na to, że jedynym winnym będzie anestezjolog. Pawłowi B. postawiono zarzut narażenia dziecka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Prokuratura ustaliła, że po zabiegu przekazał dziecko słabo wybudzone ze znieczulenia ogólnego i nie zalecił podłączenia go do urządzeń monitorujących lub umieszczenia w sali wzmożonego nadzoru.

Prokuratura nie wyjaśnia jednak, dlaczego w tym czasie klinika takiego pomieszczenia nie miała.

- Gdyby anestezjolog zlecił podłączenie dziecka do urządzeń monitorujących czy też umieszczenie w odpowiedniej sali, wtedy moglibyśmy dociekać, dlaczego tego nie zrobiono - tłumaczy prowadząca śledztwo prokurator Anna Kosa. - Wtedy można rozważać kwestię czyjejkolwiek odpowiedzialności.

Jednak ubiegając się o kontrakt z NFZ, dyrektor ds. medycznych szpitala Sławomir Jaroszewicz podpisał się pod oświadczeniem, że klinika chirurgii ma „salę wzmożonego nadzoru ze stałym nadzorem pielęgniarskim".

Prokuratura przyjęła wyjaśnienia szpitala, że klinika korzystała z uprzejmości innego oddziału i tam mali pacjenci mieli zagwarantowaną salę pooperacyjną. Prokurator Anna Kosa uznała, że „wymagania postawione przez NFZ nie określają jednoznacznie, że sala [pooperacyjna] powinna znajdować się na oddziale".

comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH