Przed Sądem Rejonowym dla Warszawy-Mokotowa zakończyła sie pierwsza rozprawa kardiochirurga Mirosława G. i 20 innych osób. Lekarz jest oskarżony o przyjmowanie łapówek a jego pacjenci - o ich wręczanie.

Sąd wyłączył sprawy dwojga nieobecnych spośród 23 oskarżonych w tym procesie. Proces jest precedensem w sprawie o granice między korupcją a powszechnym w polskich szpitalach „okazywaniem wdzięczności" lekarzom przez pacjentów.

Pieniądze w kwocie do 13 tys. zł od jednej osoby oraz do tysiąca dolarów i kilkuset euro, złoty sygnet z rubinem, alkohole - takie m.in. korzyści majątkowe miał przyjmować dr Mirosław G. od swych pacjentów.

Sąd polecił prokuratorowi odczytanie tylko głównych założeń obszernego aktu oskarżenia.
Z aktu oskarżenia wynika, że w kilku przypadkach G. miał uzależniać dalsze leczenie od "korzyści majątkowej"; inne korzyści miał przyjmować już po operacjach.

Wobec pewnej kobiety miał tego zażądać - by mogła pozostać na jego oddziale. Wobec odmowy wręczenia mu pieniędzy, kobietę wypisano. W innym przypadku Garlicki miał zażądać 4,5 tys. od chorego, do czego nie doszło, bo pacjent zmarł. Od rodziny innego chorego miał przyjąć w sumie 13 tys. zł.

83-letni Henryk J. odpiera zarzuty w sprawie G. Odmówił on składania wyjaśnień, wobec czego sąd odczytał jego wyjaśnienia ze śledztwa. Mówił w nich, że G. nigdy nie sugerował, że chce coś otrzymać.

- Nie mogę powiedzieć złego słowa o nim; uważam że uratował mi życie - dodał były pacjent. Przyznawał zaś, że jego córka - dziennikarka - podarowała lekarzowi swoją książkę, o czym napisała w „Gazecie Wyborczej".

Kolejna oskarżona przyznała się do winy. Wręczyła chirurgowi 200 zł, ale jak przyznała, było to „podziękowanie za opiekę nad mężem”. Dodała, że „nigdy więcej nie chce już uczestniczyć w tej rozprawie".

Kolejny oskarżony Władysław W. wyznał przed sądem, że „ludzie mówili, że jest lepiej w szpitalu, jak się da lekarzowi pieniądze”. Dlatego też, z własnej inicjatywy - i mimo protestów lekarza - zostawił na jego biurku w klinice MSWiA kopertę z 500 zł. - Na jej widok dr mówił: „Nie, nie" - dodawał W.

- Ja w różnych szpitalach słyszałem, że tak trzeba zrobić, że jak się da, to się jest inaczej traktowanym - tłumaczył oskarżony w śledztwie. Podkreślił, że dr G. niczego takiego nie wymagał, ani nie uzależniał od tego zajęcia się pacjentem.

comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH