Deontologia lekarska: czy przestrzeganie procedur zwalnia z odpowiedzialności?

Procedury przydają się w codziennym życiu, bo podpowiadają, jak postępować w mniej lub bardziej typowych sytuacjach. Ale ochrona zdrowia i medycyna to specyficzne dziedziny - występuje w nich tyle niewiadomych, tyle nieprzewidywalnych zdarzeń, że lepiej nie ufać im ślepo. Bezrefleksyjne stosowanie zapisanych gdzieś procedur nie zwalnia z obowiązku samodzielnego myślenia i decydowania.

Wydaje się, że ostatnio mamy do czynienia z coraz powszechniejszym przekonaniem, że literalne trzymanie się przepisów minimalizuje osobiste ryzyko lub nawet zwalnia z odpowiedzialności. Tak jednak nie jest.

- Zasłanianie się ścisłym przestrzeganiem procedur w celu uniknięcia przykrości czy odpowiedzialności bywa przeciwskuteczne. W pewnych okolicznościach niezłamanie procedury może być nawet przestępstwem - tłumaczy prof. Jan Hartman, filozof, bioetyk (autor książki "Bioetyka dla lekarzy") i przypomina oczywistą prawdę:

- Lekarze i personel medyczny są po to, by ratować życie i zdrowie pacjentów. Gdy te wartości są zagrożone, to siłą rzeczy zawieszeniu ulegają wszelkie inne względy. W stanie wyższej konieczności lekarz czy pielęgniarka muszą być gotowi nawet do działania naruszającego takie czy inne przepisy. To obowiązek.

Hierarchia wartości, czyli o randze procedur

Z aksjologicznego punktu widzenia wszystko jest więc jasne i poukładane. Wiadomo, jak należy postępować, gdy w niebezpieczeństwie jest życie i zdrowie. - Każdy, kto wie, że inny człowiek znajduje się w sytuacji zagrożenia, zobowiązany jest podjąć wszelkie możliwe czynności w celu udzielenia pomocy - mówi prawnik Piotr Kulik, przewodniczący Wojewódzkiej Komisji ds. Orzekania o Zdarzeniach Medycznych w Bydgoszczy.

Przy okazji opowiada o zdarzeniu ilustrującym ten moralny i prawny nakaz. Było tak, że na ulicy, 100 m od izby przyjęć bydgoskiego szpitala, upadł człowiek.

- Przejeżdżałem akurat z ówczesnym dyrektorem szpitala. Zatrzymaliśmy się, żeby sprawdzić, co się stało. Dyrektor zadzwonił do izby przyjęć i w dwie minuty przybiegli z noszami ratownicy. Przepis mówi wprawdzie, że interwencje zewnętrzne powinna wykonywać jednostka pogotowia, ale uważam, że zachował się prawidłowo. Dowiedziawszy się, że chwilowy brak ratowników nie stworzy niebezpieczeństwa dla innych pacjentów, wezwał ich do interwencji poza szpitalem.

Kulik podkreśla, że kodeksy oparte na deontologii, podstawowych zasadach etyczno-moralnych, nakazują udzielenie pomocy na miarę posiadanych możliwości. - Natomiast nieudzielenie pomocy może być ścigane karnie, o czym się często zapomina - podkreśla.

Ryzyko wpisane w zawód

Na gruncie szpitalnej praktyki sprawy są wyjątkowo skomplikowane, bo procedur jest tu znacznie więcej, a zdarzenia rozgrywają się dynamicznie. Niemal każde działanie jest dokładnie opisane.

- Czasem nie wiadomo, jak się zachować; nie wiadomo, co jest mniejszym złem. Ryzyko etyczne i ryzyko prawne wpisane są w zawód lekarza. A działa on w przestrzeni, w której prawo operuje czasem na oślep. Musi liczyć się z sytuacjami, kiedy dla dobra pacjentów trzeba narazić się na konflikt z wymiarem sprawiedliwości lub konflikt ze swoją korporacją. M.in. z tego wypływa prestiż zawodu i pozycja ekonomiczna lekarza - zauważa Hartman.

Prawnik zwraca z kolei uwagę, że gdyby ustawodawca chciał połączyć element orzeczniczy w pracach komisji do spraw zdarzeń medycznych z badaniem procedur, to by to uczynił. - Ustawodawca odwołał się jednak do innego kryterium - szerszego i bardziej dynamicznego, odpowiadającego temu, co się dzieje w medycynie. Posłużył się mianowicie zwrotem ”aktualna wiedza medyczna” - zauważa Kulik.

- Ustawodawca uczynił to racjonalnie, to znaczy chciał, żeby pójść w tym kierunku, a nie skupiać się wyłącznie na analizowaniu papierku z zapisem procedury, choć procedury są elementem dowodowym - zaznacza. - Zatem naruszenie procedur nie musi automatyczne skutkować ustaleniem odpowiedzialności przez komisję.

System może i winny, ale człowiek jeszcze bardziej

Po tych teoretycznych rozważaniach odwołajmy się do konkretnych przykładów. W Toruniu trwa proces, który ma odpowiedzieć na pytanie, czy lekarz anestezjolog miał prawo odesłać pacjenta do innej lecznicy bez zbadania i udzielenia pomocy. Z drogowego wypadku przywiozła go do szpitala karetka.

Anestezjolog przekonuje, że w żaden sposób nie przyczyniła się do śmierci młodego motocyklisty. Zapewnia, że przyjrzała się 28-latkowi przez otwarte drzwi ambulansu. W jej ocenie chory mógł być bezpiecznie przetransportowany do pobliskiego SOR-u, tym bardziej że akurat w jej szpitalu wszystkie cztery łóżka na intensywnej terapii były zajęte.

Lekarka dowodzi, że system ratownictwa w Toruniu jest anachroniczny i zawodny, gdyż "przepadają podstawowe informacje dotyczące sprawności jego działania, co powoduje, że chorzy w stanie nagłego zagrożenia życia nie są przewożeni do SOR-ów przygotowanych na ich przyjęcie, ale gdziekolwiek”.

Powołuje się na procedury i sugeruje, że są niewłaściwe lub źle realizowane, w efekcie czego ratownicy nie pojechali z ciężko rannym tam, gdzie powinni, co - idąc dalej tym tokiem rozumowania - usprawiedliwia jej działanie.

Biegli w przedstawionej sądowi opinii nie podzielają stanowiska lekarki i uważają, że bardzo ciężki stan, w jakim ranny dotarł do szpitala, "dawał wskazania do niezwłocznego przyrządowego udrożnienia dróg oddechowych". Podkreślają, że powinien być on zbadany i otrzymać niezbędną, ratującą życie pomoc. "Brak SOR i wolnych miejsc na oddziale intensywnej terapii nie stanowił przy tym żadnej przeszkody" - twierdzą.

W przypadku tego tragicznego zdarzenia biegli odwołali się do hierarchii wartości, o której wspomina bioetyk. Nie wiadomo, jak sąd odniesie się do przedstawionych racji, również tych o systemie ratownictwa.

Daleko od zdrowego rozsądku

Odmienne rozumowanie zaprezentowali natomiast biegli powołani przez prokuraturę do oceny wypadku drogowego między Sejnami a Suwałkami. To głośna ostatnio sprawa, gdyż wnioski biegłych zaszokowały nawet samych prokuratorów.

Po analizie wszystkich okoliczności eksperci orzekli, że nie ma znaczenia, że 22-letni kierowca pruł 150 km na godzinę, że był pod wpływem środków odurzających, że staranował grupę pięciorga rowerzystów jadących jeden za drugim i zabił troje z ich. Uznali, że to właśnie cykliści byli winni, bo znajdowali się na jezdni, a nie na poboczu (pobocze było piaskowe, miejscami porośnięte trawą).

Śledczy wystąpili o kolejną niezależną opinię biegłych. Nie mogli uwierzyć, że można było dojść do tak odległych od zdrowego rozsądku konkluzji.

Sądowych i prokuratorskich spraw, w których przedstawiciele zawodów medycznych jak tarczami zasłaniają się różnymi procedurami, było ostatnio sporo. Jako strony w postępowaniu mają do tego pełne prawo. Źle dzieje się wtedy, gdy prawo do obrony przenosi się poza sądową salę, by usprawiedliwić błędną ocenę sytuacji i niewłaściwe postępowanie.

- Nie słyszałem, by lekarz ratujący życie pacjenta - naruszając przy tym jakiś przepis, ale nie wyrządzając szkody osobom trzecim - został skazany przez sąd. Jeśli ofiarą jest tylko prawo, a pacjent odniósł korzyść, działanie łamiące procedury ma uzasadnienie - twierdzi filozof.

comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH