Wolny wybór, konkurencja i regulacje

Rynek usług medycznych trzeba go kontrolować, wypracowując uzgodnienia wynikające z negocjacji, a potem pilnując ich przestrzegania - mówi w rozmowie z portalem rynekzdrowia.pl dr Wojciech Misiński z Katedry Ekonomiki i Organizacji Przedsiębiorstwa Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, ekspert ochrony zdrowia Centrum im. Adama Smitha.

- Ile konkurencji powinno być w ochronie zdrowia?

- Usługi medyczne mają swoją specyfikę wynikającą z tego, że ratują życie człowieka. Dlatego rynek zdrowia jest specyficzny i różni się od typowego wolnego rynku. Jednak konkurencja musi funkcjonować również w jego obrębie, na trzech płaszczyznach.

Po pierwsze, musi być konkurencja pomiędzy ubezpieczycielami. Dlatego tak ważna jest możliwość zarządzania składką zdrowotną przez różnych ubezpieczycieli. Chodzi o to, żeby konkurowali o nas, o ubezpieczonych. Tego nie ma i to największy mankament ochrony zdrowia. Oceniam, że gdyby stworzone zostały odpowiednie możliwości, to taki konkurencyjny rynek ubezpieczycieli mógłby powstać w Polsce w ciągu 2-3 lat.

Druga płaszczyzna to relacje ubezpieczycieli ze świadczeniodawcami, czyli kwestia konkurowania szpitali i innych placówek - niezależnie od formy własności - o pieniądze ubezpieczycieli, a także konkurowanie ubezpieczycieli o usługi świadczone przez szpitale i inne podmioty. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na kształtowanie się cen w warunkach konkurencji. Otóż nie mogą wynikać z czysto rynkowych mechanizmów. Nawet w Stanach Zjednoczonych, także w Niemczech, ustalane są one centralnie, przez różne agencje.

Wreszcie trzeci poziom to takie relacje pacjentów ze świadczeniodawcami, które zapewniają pacjentom wolny wybór.

Reasumując, muszą powstać trzy rodzaje rynków oparte nie na wolnejamerykance, ale na wolnym wyborze kontrolowanym przez państwowe agencje. Szczegółowo opisałem ten problem na kilkuset stronach w swojej książce.

- Jak się do tego, co powiedział pan o relacji pacjent - świadczeniodawca ma orzeczenie sądu antymonopolowego, że NFZ ma równo traktować wszystkie podmioty ubiegające się o publiczne pieniądze, zarówno prywatne, jaki i publiczne, które wcześniej finansował i preferował jako kontynuatorów świadczeń

- Wątpię w równość podmiotów w sytuacji, gdy płatnikiem jest państwowa instytucja, a po pieniądze ręce wyciągają państwowe podmioty prowadzące szpitale. Państwowe w tym sensie, że placówki prowadzą na przykład samorządy terytorialne, za których długi odpowiada państwo. Wiadomo, kogo państwowy płatnik będzie preferował.

- Ale w ostatnim kontraktowaniu wygrywały nowe prywatne placówki, a publiczne podniosły straszne larum, że dzieje się im krzywda.

- Problem w tym, że ceny kształtowane są jednostronnie przez NFZ. Nie ma płaszczyzny negocjacji, w wyniku których ustalano by zasady wejścia nowych podmiotów do systemu. W Niemczech na przykład ceny są negocjowane pomiędzy związkami ubezpieczycieli skupiającymi kasy chorych, a związkami szpitali, samorządami lekarskimi, czy szerzej - świadczeniodawcami.

Dzięki temu nie ma tam czegoś takiego, że świadczeniodawca zaniża cenę nawet do poziomu dumpingowego, a potem liczy, że poprzez aneksy osiągnie oczekiwany poziom finansowania.

- Co pan sądzi o ustawie o działalności leczniczej, która odwołuje się do kodeksu handlowego?

- To połowiczne rozwiązanie, zachęca do skoku do basenu, w którym nie ma wody. W czym rzecz? Jeśli spółka działająca pod rygorami kodeksu handlowego ma wpływ wyłącznie na koszty, a nie ma żadnego wpływu na przychody, bo - jak już stwierdziliśmy, nie może negocjować cen i jest limitowana kontraktem - to taka spółka nie ma pełnej swobody, żeby działać jak prawdziwa spółka prawa handlowego.

Jednym słowem rozwiązanie ustawowe wymuszające przekształcenia idzie w dobrym kierunku, ale jestniewystarczające i ryzykowne.

- Mimo wszystko wciąż powstają nowe podmioty w ochronie zdrowia, a każdy ustawia się po kawałek tortu.

- I nie wie, czy go dostanie. Ktoś buduje szpital, ale nie ma gwarancji, że uzyska kontrakt. A wszystko przez to, że nie ma płaszczyzn negocjacyjnych, wypracowanych jasnych kryteriów mówiących o tym, jakie warunki trzeba spełnić, żeby otrzymać finansowanie. Muszą być jasno określone warunki, również cenowe. Wtedy inwestor ma pewność co do kontraktu, może inwestować i ubiegać się o kredyt. Teraz ani inwestor, ani banki nie wiedzą na czym stoją. To jest dopiero wolnaamerykanka.

- Jak pan ocenia ostatnie rozwiązania legislacyjne Ministerstwa Zdrowia. Idą bardziej w kierunku wolnorynkowym czy prospołecznym?

- Były konieczne, ale niewystarczające. Rynek usług medycznych trzeba kontrolować wypracowując uzgodnienia wynikające z negocjacji, a potem pilnując ich przestrzegania. W Niemczech, o których już mówiłem, jest tak, że jeśli związki kas chorych i związki szpitali nie dochodzą do porozumienia, wówczas wkracza ministerstwo zdrowia i arbitralnie ustala ceny, co zmusza strony do zawarcia porozumienia.

Państwo jest więc rozjemcą i kontroluje zasady wejścia podmiotów do systemu.

comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH