PAP/Rynek Zdrowia | 06-08-2019 16:57

Lewica w Łodzi krytycznie o rządowym programie prokreacyjnym

Brak dofinansowania in vitro, nieskuteczność rządowego programu prokreacyjnego i nierówny dostęp do opieki okołoporodowej - to tematy konferencji prasowej zorganizowanej w Łodzi przez działaczki: Wiosny Roberta Biedronia, Partii Razem i SLD. Ich zdaniem, PiS nie wspiera kobiet i przyszłych rodziców.

"Okazuje się, że program nie leczy i nie powoduje, że niepłodne pary będą mogły mieć dzieci". Fot. Shutterstock

- Obecnie niepłodne pary są zdane na łaskę i niełaskę samorządów. Zebrałam 15,5 tys. podpisów pod inicjatywą "in vitro dla Sieradza". Blisko co 20 mieszkaniec tego miasta podpisał się pod moją inicjatywą. Niestety władze Sieradza nie posłuchały obywateli - mówiła Anna Sikora z Partii Razem.

Jak dodała, podczas zbierania podpisów poznała wiele niepłodnych par, m.in. Olę i Marka, którzy upatrywali w tej inicjatywie szansę na spełnienie swoich marzeń, aby zostać rodzicami, ponieważ nie stać ich na samodzielne sfinansowanie procedury in vitro.

- Konstytucja mówi, że gdy jesteśmy chorzy, państwo powinno nam pomóc. PiS nie zwraca na to uwagi, bo jak nazwać taką sytuację, gdy Ola i Marek z Sieradza nie mogą mieć dofinansowania do in vitro, a kilkadziesiąt kilometrów dalej podobna para w powiecie pabianickim czy w Łodzi może je uzyskać. To kuriozum - oceniła.

Zaznaczyła też, że w wyborach jednym ze standardowych postulatów komitetu lewicowego będą zabiegi in vitro finansowane w ramach ubezpieczenia zdrowotnego przez NFZ.

Z kolei łódzka radna Małgorzata Moskwa-Wodnicka z SLD przypomniała, że obecny rząd zawiesił ogólnopolski program in vitro, jako jego alternatywę przedstawiając własny program ochrony zdrowia prokreacyjnego.

- Jako inicjatorka programu wsparcia in vitro w Łodzi, śledziłam, jak rozwija się ten program w Instytucie Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Ostatnie dane, do których udało się dotrzeć dotyczą 2018 roku. Wtedy na 700 par, które przystąpiły do programu w całym kraju, tylko 60 zaszło w ciążę. Dla porównania - rządowy program in vitro prowadzony w latach 2013-2016, to 22 tys. urodzonych dzieci, na co zostało przeznaczone 260 mln zł - wyjaśniła.

Zdaniem Moskwy-Wodnickiej, rząd "by ukryć, że program przynosi mizerne korzyści parom leczącym się z niepłodności, zmienił jego zasady i w 2019 roku nie uzyskamy żadnych danych - ile ciąż i ile urodzonych dzieci".

Radna zauważyła, że na stronie Ministerstwa Zdrowia zmieniono cele tego programu: - Okazuje się, że nie leczy on i nie powoduje, że niepłodne pary będą mogły mieć dzieci; polega to tylko na diagnostyce, a od samej diagnostyki kobiety nie zachodzą w ciążę i nie rodzą się dzieci.

Radna przypomniała, że w Łodzi - po 3 latach działania miejskiego programu dopłat do in vitro - urodziło się 172 dzieci, zaś o pomoc w zostaniu rodzicami wnioskowało ponad 700 par.

Reprezentująca Wiosnę Roberta Biedronia Anita Sowińska zauważyła, że prawa kobiet, to też równy dostęp do właściwej opieki ginekologicznej i okołoporodowej. W jej opinii, pogwałceniem tych praw jest rozporządzenie, które "jedynie lekarzowi daje prawo do decydowania o tym, czy kobieta podczas porodu ma dostać znieczulenie czy nie".

- Tak nie powinno być, kobieta powinna mieć pewność, że - jeśli poprosi o znieczulenie - ona to znieczulenie dostanie - zaznaczyła.

Jak mówiła, nie chodzi jej o zachęcanie kobiet do bezwarunkowego korzystania ze znieczulenia, ale o równy dostęp do tej procedury, który jest niemożliwy m.in. dlatego że w szpitalach położniczych brakuje anestezjologów.

- W Polsce odsetek cesarskich cięć wynosi aż 46 proc. To znacząco za dużo, np. w Szwecji to tylko 17 proc. i według WHO taki odsetek jest najwłaściwszy. Oczywiście cesarskie cięcia są potrzebne ze względu na bezpieczeństwo kobiet i dzieci, ale nie powinno ich być tak dużo. Fundacje pracujące na rzecz kobiet podają, że główną przyczyną takiego stanu jest strach kobiet przed tym, że nie mają wyboru, że to lekarz decyduje za nie, czy mają dostać znieczulenie czy nie - dodała. (PAP)

PAP - Agnieszka Grzelak-Michałowska