Prof. Opala o lekarzach i pielęgniarkach podczas pacyfikacji "Wujka"

Lekarze i pielęgniarki niosący pomoc rannym podczas pacyfikacji kopalni Wujek w Katowicach na początku stanu wojennego dobrze zdali egzamin - ocenia prof. Grzegorz Opala, wówczas lekarz Centralnego Szpitala Klinicznego w Ligocie i szef zakładowej "S", a po latach - minister zdrowia.

W rozmowie z PAP wspomina m.in., jak udało się rannych górników ściągnąć do tego specjalistycznego szpitala, gdzie mogli otrzymać najlepszą pomoc, jak w obawie o ich bezpieczeństwo zakładano im podwójną dokumentację medyczną i planowano ewentualnie ukryć ich w windzie do przewożenia zwłok.

16 grudnia mija 33. rocznica pacyfikacji strajkującej kopalni Wujek. Od milicyjnych kul na miejscu zginęło 6 górników, 3 kolejnych zmarło w szpitalach, a kilkudziesięciu innych zostało rannych. Była to największa tragedia stanu wojennego.

Jak przypomniał prof. Opala, to właśnie w Centralnym Szpitalu Klinicznym rodziła się "Solidarność" ówczesnej Śląskiej Akademii Medycznej. Dla władz był - jak mówi - ośrodkiem, który nie budził zaufania i był pod szczególnym nadzorem.

- Mimo ograniczonych możliwości kontaktu wiedzieliśmy o pacyfikacji kolejnych zakładów. Kopalnia Wujek była nam najbliższa, nie tylko pod względem lokalizacji. Bardzo wielu pracowników - pielęgniarek, salowych, pracowników administracji, czy lekarzy było związanych z nią rodzinnie - to było miejsce pracy ich ojców, braci czy mężów. 16 grudnia wiele kobiet biegło raz po raz na 8. piętro zobaczyć, czy już się zaczęło, czy nie. Widać stamtąd wprawdzie tylko kominy, ale kiedy zaczął tam latać helikopter, do tego dochodziły dodatkowe informacje, bo już ktoś dojechał czy przyszedł i mówił, że jest skomasowana forma agresji w stosunku do protestujących, to jeden wielki jęk było słychać w szpitalu, szczególnie wśród osób związanych rodzinnie z kopalnią - wspominał prof. Opala.

Poszkodowani w wyniku interwencji mieli pierwotnie trafiać do szpitali zmilitaryzowanych - w Ochojcu i do szpitala MSW. - My wiedzieliśmy jednak, że nie ma na co czekać i kiedy przyszła informacja, że są ranni w klatkę piersiową czy w głowę, to już wymagało pełnego działania organizacyjnego, bo w tamtych szpitalach nie było neurochirurgii. Kiedy zorientowaliśmy się, że ranni nie są kierowani do naszego szpitala, adiunkt dr Marek Rudnicki nadał z izby przyjęć przez radio, na częstotliwości, którą posługiwało się pogotowie, oficjalnie brzmiący komunikat, by wszystkich poszkodowanych kierować do CSK - mówił prof. Opala.

Kiedy podjechały pierwsze karetki, wszyscy byli już przygotowani i zorganizowani. W izbie przyjęć, kierowanej przez oddziałową Zofię Kierę, opatrywano rannych i poszkodowanych w wyniku bezpośrednich starć z milicjantami oraz zastosowanych podczas pacyfikacji gazów. Prof. Opala wspomina górnika, który mówił, że dokuczają mu oczy i że ktoś go uderzył w plecy. Po zdjęciu kufajki, w którą był ubrany, okazało się, że od środka cała była przesiąknięta krwią z rany postrzałowej. W miarę możliwości odsyłano do domu tych, którzy mogli tam dochodzić do siebie.

comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH