Ryszard Rotaub/Rynek Zdrowia | 13-03-2013 06:30

Język urzędowych komunikatów. Ten zrozumieć trudno

Hermetyczny język, jakim posługują się pracownicy MZ i NFZ w oficjalnych kontaktach z lekarzami, pacjentami i kadrą zarządzającą placówek ochrony zdrowia utrudnia leczenie - twierdzą lekarze. Krytycznie o jasności tego przekazu mówią językoznawcy. Urzędnicy odpowiadają, że nie mają możliwości używania w komunikatach publicznych powszechnie zrozumiałego dla odbiorców języka.

Kłopoty z porozumiewaniem się występują już na poziomie pojęć podstawowych, takich jak: chory, pacjent, lekarz, leczenie. Urzędnicy udają, że w ogóle ich nie znają - przynajmniej w oficjalnych przekazach nie posługują się nimi. W domu, co innego… Mówią normalnie, że idą do lekarza, a nie że udają się do świadczeniodawcy POZ w celu poddania się procedurom leczniczym.

Ministerstwo: słowa nie leczą
W opinii językoznawców, którzy na zlecenie marszałka Senatu analizowali stan ochrony języka polskiego w latach 2010-2011, Ministerstwo Zdrowia wychodzi z założenia, że poziom poprawności i sprawności językowej pracowników nie ma większego wpływu na wizerunek publiczny instytucji, gdyż decydującymi czynnikami wizerunkowymi są, zdaniem MZ, dostępność, organizacja i jakość leczenia.

”Brakuje w tym miejscu świadomości, iż nawet najlepiej przeprowadzone zmiany w zakresie obsługi pacjenta będą mniej skuteczne, jeśli zawiedzie komunikacja” - zauważono w ”Sprawozdaniu ze stanu ochrony języka polskiego w latach 2010-2011”, które prof. Andrzej Markowski, przewodniczący Rady Języka Polskiego, przedstawił 19 lutego 2013 r. w Senacie.

”Pojęcia »pacjent«, »leczenie«, »szpital« nie funkcjonują w języku aktów prawnych. Używanie ich powoduje, że komunikaty są łatwiejsze w odbiorze dla obywatela, ale mniej precyzyjne i mogą tym samym wprowadzić w błąd odbiorców. Z tego powodu pracownicy Biura nie mają możliwości używania w komunikatach publicznych powszechnie zrozumiałego dla odbiorców języka” - wyjaśniał zastępca dyrektora Biura Prasy i Promocji MZ w odpowiedzi na ankietę skierowaną przez prof. Markowskiego m.in. do MZ i NFZ (Fundusz nie odpowiedział na ankietę).

”Zamiast o »pacjentach« jesteśmy (zbyt często) zmuszeni pisać o »osobach uprawnionych do świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych«, zamiast o »leczeniu« - o »udzielaniu świadczeń zdrowotnych, zakwalifikowanych jako świadczenia gwarantowane«, zamiast o »dyrektorze szpitala« - »o kierowniku przedsiębiorstwa podmiotu leczniczego«” - tłumaczył dalej przedstawiciel MZ.

NRL: proszę zrozumiale
Tymczasem do bojkotowania takich właśnie dziwolągów wezwała lekarzy i lekarzy dentystów Naczelna Rada Lekarska i zaapelowała, żeby w kontaktach z chorymi nadal posługiwali się powszechnie przyjętymi i zrozumiałymi pojęciami (stanowisko NRL nr 13/11/VI z 17 czerwca 2011 r. w sprawie używania języka polskiego w ochronie zdrowia).

Efekt jest taki, że obok siebie funkcjonują dwa style wypowiedzi i związane z nimi odrębne wokabularze. W jednym są słowa, którymi posługujemy się na co dzień, w drugim ich odpowiedniki - piętnowane przez NRL określenia w rodzaju: świadczeniobiorca, usługobiorca, świadczeniodawca, usługodawca, udzielanie świadczeń zdrowotnych, wykonywanie procedur, nadwykonania itp.

Samorząd lekarski jest przeciwko wprowadzeniu do języka polskiego biurokratycznego slangu, bo - jak stwierdził - prowadzi to do ”dehumanizacji zawodu lekarza, powoduje zagubienie się chorego człowieka w labiryncie niezrozumiałych pojęć i nazw jednostek ochrony zdrowia (np. przedsiębiorstwo podmiotu leczniczego), utrudnia leczenie i otaczanie właściwą opieką wszystkich potrzebujących”.

- Niedługo lekarze zamienią się w "robokopy w limitowanych dawkach", a patrząc na zapisy ustawy o działalności leczniczej - nie pójdą do szpitala, tylko do przedsiębiorstwa - mówiła w rozmowie z nami Katarzyna Strzałkowska, rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej. Zwróciła też uwagę, że administracyjna nowomowa przedkłada się na rzeczywistość, a nazewnictwo stosowane przez NFZ powoduje, że lekarza traktuje się jako świadczeniodawcę, a chorego jako świadczeniobiorcę.

Bitwa na języki
Jak na razie z językowego starcia zwycięsko wychodzą urzędnicy. To oni, powołując się na konieczność precyzji wypowiedzi, narzucają swój styl w oficjalnej komunikacji. Lecz czy przez to są bardziej zrozumiali?

”Nie uda się wykazać precyzyjności, zwięzłości, informacyjnej nośności etc. tworzonych komunikatów, jeśli będą one niezrozumiałe dla przeciętnego użytkownika języka” - przekonywała dr Agnieszka Kula (Instytut Filologii Polskiej UAM) w referacie na temat  poprawności językowej i sprawności komunikatywnej materiałów pisemnych kierowanych do obywateli przez ministerstwa i wybrane inne instytucje centralne (2010-2011).

Analizując komunikaty MZ i NFZ przyznała, że co prawda zauważyć można próby pokonania hermetyczności, podejmowane jednak tak rzadko i przypadkowo, że skutkują w dużej mierze jedynie niejednorodnością stylistyczną.

W jej opinii nadawca jest przekonany, że jego zadaniem jako państwowej, centralnej instytucji jest tworzenie tekstów o najwyższym możliwym stopniu oficjalności, stanowiących każdorazowo precyzyjny, hermetyczny komunikat odwołujący się do źródeł prawnych i wykładni prawniczych.

Przykładów takiego podejścia urzędów do języka polskiego znajdziemy mnóstwo. W jednym z oficjalnych dokumentów samorząd lekarski stwierdził niedawno, że po prostu nie rozumie, o co chodzi Ministerstwu Zdrowia w konkretnym akapicie.

Z kolei w stanowisku z 25 stycznia 2013 r. dotyczącym projektu rozporządzenia ministra zdrowia zmieniającego rozporządzenie w sprawie recept lekarskich, NRL oznajmiła, że ”poziom komplikacji i przeregulowania sposobu wystawiania recept lekarskich osiągnął poziom tak absurdalnie wysoki, iż nawet autor rozporządzenia, czyli Minister Zdrowia nie jest w stanie poruszać się w obrębie tak przeregulowanej materii”.

Językoznawca wytłumaczy, co powiedział prawnik
Swoją drogą to dość zaskakująca opinia, bo należy pamiętać, że przy NIL działa zespół prawników, który specjalizuje się w odszyfrowywaniu tego, co napiszą prawnicy z MZ. Następnie tenże zespół zapoznaje się opiniami i merytorycznymi uwagami lekarzy. Potem je szyfruje i odsyła do MZ, gdzie tamtejsi prawnicy dokonują deszyfracji, by w przystępnej formie przedstawić je swoim szefom w celu dalszych analiz.

Językoznawcy chcieliby doprowadzić do takiej sytuacji, by na urzędników były nałożone pewne wymogi dotyczące komunikowania się z obywatelami w sposób poprawny, ale przede wszystkim komunikatywny.

- Należy pamiętać, że niezrozumienie tekstów urzędowych powoduje wykluczenie społeczne pewnych osób, które przez to tracą zaufanie do instytucji państwowych. Degraduje się także przez to rola języka polskiego - oświadczyła na posiedzeniu senackiej Komisji Kultury i Środków Przekazu sekretarz Rady Języka Polskiego dr Katarzyna Kłosińska.

Dr Kłosińska zaapelowała, by w instytucjach centralnych zatrudniano specjalistów od kultury języka pomagających tworzyć publikowane dokumenty.