Były wiceminister zdrowia zmaga się z rakiem i zapewnia: wierzę w polską medycynę

Przetrwałem to wszystko dzięki mojej żonie, która zawsze była przy mnie i wspierała mnie. Zyskałem też nowego przyjaciela, pacjenta, który leżał razem ze mną na szpitalnej sali i jest bardzo dzielny, wierzy, że się wyleczy - mówi nam dr Andrzej Włodarczyk, były wiceminister zdrowia, który zmaga się z ciężką chorobą, szpiczakiem mnogim.

Rynkowi Zdrowia opowiada bez retuszu - nie jako były wiceminister, ale pacjent - przez co przeszedł, co choroba zmieniła w jego życiu.

Zdecydował się publicznie mówić o swojej walce z nowotworem, by przekazać chorym, że nigdy nie wolno tracić nadziei. Zapewnia, że doświadczenia, jakie wyniósł ze szpitali nie zachwiały jego wiarą w lekarzy i polską medycynę.

Rynek Zdrowia: - Mówią, że choroba weryfikuje listę naszych przyjaciół, pokazuje, na kogo możemy liczyć…

Dr Andrzej Włodarczyk: - Przyjaciele i rodzina to najlepsze oparcie w trudnych chwilach. Choroba to taki czas, kiedy człowiek dowiaduje się, na kogo naprawdę może liczyć. Pogodziłem się też z wieloma moimi antagonistami, niektórych przeprosiłem, bo być może i ja nie zawsze miałem rację. W czasie choroby trafiłem też na wspaniałych lekarzy, pielęgniarki. Jestem niezmiernie wdzięczny całemu personelowi, który się mną zajmował, to wspaniali ludzie. Dzięki nim dzisiaj czuję się dobrze.

- No właśnie jakim pacjentem jest lekarz? Czy Pana koledzy po fachu mieli trudniejsze zadanie lecząc lekarza?

- Trzeba pamiętać, że lekarz to trudny pacjent. Sam zawsze byłem załamany, gdy trafiali do mnie pacjenci-lekarze. Jest taki przesąd, że pracownicy ochrony zdrowia są złymi pacjentami - zawsze mają jakieś powikłania i problemy. Moja historia jest tego potwierdzeniem. Oczywiście powikłania są sprawą normalną i w Polsce, i na świecie.

Dodatkowo zadawałem kłopotliwe pytania. Moja wiedza jest nieporównywalnie wyższa niż przeciętnego pacjenta. Miałem cały czas świadomość - co mi zagraża. Dwukrotnie wypisywałem się ze szpitala na własne żądanie.

- Trafił Pan na drugą stronę barykady. Jako lekarz i polityk był Pan w innym miejscu systemu. Jakie są doświadczenia ciężko chorego pacjenta?

- Mój przykład nie jest dobry. Nie tylko jestem lekarzem, ale też osobą publiczną, rozpoznawalną. Byłem szefem samorządu lekarskiego na Mazowszu, wiceprezesem NRL, wiceministrem zdrowia. Trafiłem w ręce kolegów, przyjaciół - onkologów, hematologów. Byłem leczony w najlepszych ośrodkach o najwyższym stopniu referencyjności, bo moja choroba jest specyficzna. Jednak w czasie, gdy chorowałem, zachorowała też moja teściowa i muszę powiedzieć, że doświadczenia związane z jej leczeniem odcisnęły się głębokim piętnem i na niej i na naszej rodzinie.

Myślę, że system ochrony zdrowia w Polsce zupełnie się załamał, tak źle nie było jeszcze nigdy. Chory, cierpiący człowiek jest zagubiony w tym systemie, żeby dostać się od szpitala musi przejść gehennę. Minister zdrowia Bartosz Arłukowicz powiedział ostatnio w Sejmie na Komisji Zdrowia, że w 2015 roku pacjent będzie w centrum uwagi systemu ochrony zdrowia. A więc gdzie jest teraz pacjent?

- Kiedy dowiedział się Pan o swojej chorobie i w jakich okolicznościach postawiono rozpoznanie?

- Rozpoznanie postawiono mi w marcu 2013 r. na podstawie badania histopatologicznego szpiku, wcześniej podejrzenie choroby sugerowały badania krwi.

Wszystko zaczęło się jesienią 2012 r. Trafiłem do szpitala z podejrzeniem zaostrzenia choroby wieńcowej. Wówczas wykonano mi szereg badań, m.in. morfologię krwi. Wyniki morfologii okazały się nieprawidłowe. Miałem niedokrwistość. To było zdumiewające, ponieważ niedługo przed pobytem w szpitalu byliśmy z żoną przez dwa tygodnie w wysokich górach - na wys.  4 tys. metrów nad poziomem morza, powinienem w związku z tym mieć ok. 6 mln erytrocytów. To mnie bardzo zaniepokoiło i zastanowiło.

Już wtedy, w grudniu 2012 r., mówiłem kolegom lekarzom, że jest to trochę dziwne i niewytłumaczalne. Jednak pierwsze analizy i konsultacje nic niepokojącego nie wykazały. To mnie nie uspokoiło, drążyłem sprawę dalej, chciałem to wyjaśnić. No i w marcu 2013 r. postawiono rozpoznanie - szpiczak mnogi.

- Jak przebiegał proces leczenia, czy terapia była skuteczna?

- Lekiem pierwszego rzutu w tej chorobie jest w Polsce talidomid, który stosowany w innym wskazaniu zyskał w latach sześćdziesiątych XX wieku złą sławę. Po latach okazało się, że lek jest skuteczny w terapii szpiczaka mnogiego. Zaczęto więc, podawać mi ten lek razem ze sterydami. Mniej więcej w połowie kuracji lekarze stwierdzili, że nie przynosi ona efektów. Jednak jej nie przerwano, trzeba było dokończyć kurację, bo takie są przepisy NFZ - żeby otrzymać lek drugiego rzutu trzeba dokończyć kurację lekiem pierwszego rzutu.

Po zakończeniu pierwszej, nieskutecznej kuracji, zacząłem drugą preparatem velcade. Niestety lek ten u ok. 15% pacjentów powoduje uszkodzenia nerwów, dlatego nie jest już stosowany w wielu krajach. Po krótkim czasie stwierdzono u mnie polineuropatię obwodową. Miałem bardzo silne bóle kończyn. Pojawiły się zaburzenia czucia. Nie mogłem spać. Musiałem brać coraz silniejsze środki przeciwbólowe, łącznie z tymi z grupy opiatów. Polineuropatia stopniowo się cofa, część dolegliwości utrzymuje się do dziś.

Ponieważ velcade spowodował u mnie neuropatię lekarze zmniejszyli dawki leku i postanowili przyśpieszyć przeszczepienie szpiku. W listopadzie 2013 r. trafiłem do Kliniki Chorób Wewnętrznych Hematologii i Onkologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Niestety, przed pobraniem komórek macierzystych, od wkłucia centralnego, które miałem założone w warunkach pełnej aseptyki, wdało się zakażenie wewnątrzszpitalne.

Doszło do posocznicy, brałem bardzo silne antybiotyki. Kuracja trwała ok. 3 tygodni. Mimo to pobrano ode mnie komórki macierzyste i na szczęście okazało się, że materiał nie jest zakażony i można wykorzystać go do przeszczepienia.

Po leczeniu wypisałem się ze szpitala na własne żądanie, bo byłem bardzo osłabiony po tej antybiotykoterapii i bałem się kolejnych powikłań, gdybym pozostał dalej w szpitalu. Niestety nie uniknąłem kolejnego powikłania - grzybicy krtani, która oczywiście wymagała leczenia.

Po chemioterapii oczywiście miałem typowe powikłania - owrzodzenie śluzówki jamy ustnej i wymioty. Ponieważ spadły mi płytki krwi miałem kilkakrotnie przetaczaną masę płytkową. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, jednak po jakimś czasie od wyjścia ze szpitala wezwano mnie pilnie do kliniki. Przyjął mnie przemiły lekarz, poprosił, żebym wygodnie usiadł na kanapie. Powiedział, że w związku z tym, że miałem przetaczane płytki muszą przeprowadzić badanie kontrolne.

Okazało się, że u osoby, która była dawcą krwi, przed kolejnym pobraniem wykryto wirusa HIV. Lekarz powiedział, że prawdopodobieństwo, że jestem zakażony jest prawie równe zeru, ale trzeba przeprowadzić badanie.

Ta godzina, kiedy czekałem na wynik badania była chyba najdłuższa w moim życiu. Oczywiście poinformowano mnie, że jeśli jestem zakażony to nie kwalifikuję się do przeszczepu. Zakażenie byłoby dla mnie właściwie wyrokiem śmierci. Na szczęście okazało się, że nie zostałem zakażony, moja wiara w dobrą kontrolę preparatów krwi w Polsce nie była bezpodstawna.

Oczywiście, z biegiem czasu stan mojego zdrowia się poprawiał. Jednak przez zakażenie opóźniło się przeszczepienie szpiku - było planowane na grudzień, a zostało wykonane w lutym 2014 r. Ze względu na ryzyko ponownego zakażenia wewnątrzszpitalnego, zdecydowano, że przeszczepienie powinno odbyć się w innym ośrodku. Tak trafiłem do Instytutu Hematologii i Transfuzjologii w Warszawie.

- Skoro rozmawiamy, to wiadomo, że transplantacja się udała, czy tym razem obyło się bez powikłań. Jak się Pan czuje obecnie?

- W lutym poddano mnie chemioterapii i wykonano przeszczepienie. Bardzo źle to wszystko zniosłem, szczególnie miesięczną izolację, która jest konieczna przy takim leczeniu. Z Instytutu wypisałem się na własne żądanie, ale już po rozmowie z prof. Krzysztofem Warzochą, który uznał moje argumenty przemawiające za zakończeniem hospitalizacji.

W maju tego roku miałem wykonane badania kontrolne, m.in. biopsję szpiku, która wykazała, że pozostał tylko 1% komórek nowotworowych, a białka są właściwie w normie. Zaproponowano mi kolejne przeszczepienie szpiku (odmówiłem) lub kurację lekiem trzeciego rzutu, który niestety dla mnie nie byłby refundowany, nie kwalifikuję się do programu.

Ten lek w wielu krajach jest lekiem pierwszego rzutu. Mnie jednak ten lek nie przysługuje – jestem „za zdrowy”, dostanę go dopiero wtedy, kiedy stan mojego zdrowia się pogorszy!

Teraz czuję się lepiej, odzyskałem apetyt, wraca energia, siły i wiara, że pokonam chorobę.

- Wraca Pan do zdrowia, do normalnego życia, czy myśli Pan o powrocie do chirurgii. Czym chce się Pan zająć?

 - Chciałbym wrócić do chirurgii, jednak na razie jest to niemożliwe z powodu polineuropatii, moja prawa ręka jest nie w pełni sprawna. Nie podjąłbym się wzięcia do ręki noża czy nożyczek chirurgicznych i wykonania operacji, bo mógłbym zrobić pacjentowi krzywdę. Wierzę jednak, że z biegiem czasu te objawy się cofną i wrócę do normalnego życia. Już powoli do niego wracam, szukam pracy.

Myślę, że w końcu wrócę i do chirurgii. Wcześniej nawet pracując w MZ brałem dyżury w szpitalu i operowałem. Tęsknię za salą operacyjną, za jej atmosferą. Chcę znowu wrócić do mojego środowiska, chcę znowu pomagać ludziom. Dalej też będę działać w polityce.

- Dlaczego zdecydował się Pan publicznie opowiedzieć o swoich zmaganiach z chorobą?

- Jako lekarz zdecydowałem się zwrócić do chorych, żeby nie tracili nadziei, że zostaną wyleczeni, nie przerywali kuracji mimo powikłań, cierpienia. Mnie się udało, im też się uda. Chcę, żeby wierzyli w polskich lekarzy i polską medycynę.

- Dziękujemy za rozmowę.

comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH