Bunt naukowców: poszło o zaporowe ceny specjalistycznych czasopism

Zaczęło się na Harvardzie, najbogatszym uniwersytecie na świecie, który zaapelował do naukowców, aby przestali publikować w renomowanych, lecz płatnych periodykach naukowych. Ich ceny rosną bowiem z każdym rokiem. Biblioteka Harvardzka wydaje na nie prawie 3,75 mln dol. rocznie, a i tak nie jest w stanie zrealizować wszystkich zamówień uczonych.

Prenumerata zagranicznych czasopism kosztuje krocie. Np. za subskrypcję "The Journal of Comparative Neurology" trzeba zapłacić tyle, co za 300 monografii.

Skoro zamożne placówki nie są w stanie zabezpieczyć potrzebnego piśmiennictwa, to co mają powiedzieć uboższe ośrodki, na przykład w Polsce?

Buntują się wszyscy
Ruch sprzeciwu wobec zaporowych cen specjalistycznych czasopism naukowych nazywany jest "akademicką wiosną". Rozprzestrzenia się na całym świecie, dotarł również do nas.

”Wyniki badań finansowanych ze środków publicznych powinny być dostępne publicznie bez ograniczeń. Na całym świecie instytucje finansujące badania wprowadzają w ostatnich latach tzw. mandat otwarty - wymóg, aby publikacje prezentujące wyniki tych badań były bezpłatnie dostępne w sieci Internet” - przeczytać można w apelu, który na stronie otwartymandat.pl podpisało kilka tysięcy osób, wśród nich lekarze, farmaceuci, studenci medycyny.

Sygnatariusze apelu zwracają się do wszystkich polskich instytucji finansujących naukę, w tym MNiSW, NCBiR i NCN, o wprowadzenie wymogu otwartości oraz zapewnienie technicznych, ekonomicznych i prawnych warunków jego realizacji w odniesieniu do publikacji stanowiących polski dorobek naukowy.

Domagają się otwartego dostępu do treści naukowych i przekonują, że w naszym kraju badania opłacane są ze źródeł publicznych, dlatego możliwość zapoznania się z nimi powinien mieć każdy, niezależnie od statusu materialnego.

Na marginesie warto wspomnieć, że badanie zlecone przez UE wykazało, że obecnie jedynie 25 proc. naukowców udostępnia powszechnie wyniki swojej pracy.

Autorzy i recenzenci muszą zadowolić się prestiżem
O tym, jak obecnie wygląda na świecie standardowy proces publikowania prac naukowych mówi  w Gazecie Wyborczej dr Marta Hoffman-Sommer z Centrum Otwartej Nauki Uniwersytetu Warszawskiego:

- Wysłany do czasopisma naukowego artykuł jest przekazywany do recenzji wybranym przez redakcję badaczom i jeżeli recenzje są pozytywne, może zostać opublikowany. Autorzy zazwyczaj przekazują prawa do swojego tekstu wydawcy, a każdy, kto go chce przeczytać, musi wydawcy zapłacić.

Hoffman-Sommer zauważa, że nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że znaczna część procesu wydawniczego wcale nie odbywa się na koszt wydawnictwa: zazwyczaj ani autorzy artykułu, ani jego recenzenci nie uzyskują od wydawcy żadnego wynagrodzenia - pisanie i recenzowanie artykułów naukowych jest częścią ich pracy, za którą pobierają pensję, ta zaś pochodzi najczęściej z pieniędzy budżetowych.

Omówiony mechanizm obowiązuje także w polskich czasopismach i ich internetowych odpowiednikach poświęconych medycynie i farmacji. Internetowy dostęp do większości z nich wymaga opłaty (chlubnymi wyjątkami są m.in. ”Nowotwory” i ”Kardiologia Polska”).

- Recenzje pisze się za darmo, gdyż przyjęło się, że jest to forma nobilitacji dla recenzenta. Artykuły do czasopism też pisze się bezpłatnie. Problemem jest jednak to, że nierzadko autor dokłada do tej działalności z własnej kieszeni- wyjaśnia nam dr Joanna Didkowska z Zakładu Epidemiologii i Prewencji Nowotworów w Centrum Onkologii - Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie, która również podpisała się pod apelem.

Tłumaczy, że aby zamieścić coś w czasopiśmie angielskojęzycznym, wskazany jest udział medicalletterów, którzy np. poprawiają fachowe słownictwo. Wydawnictwa inaczej patrzą na teksty przez nich opracowane, ale autor musi im niemało zapłacić, żeby zwiększyć swoje szansę na publikację w renomowanym piśmie.

Wydawnictwa spijają śmietankę
Jeśli autorzy i recenzenci nie zarabiają, to kto w takim razie korzysta finansowo? Zirytowani badacze mówią wprost, że wielkie wydawnictwa pasożytują na nauce.

Prof. Zbigniew Gaciong, kierownik Katedry i Kliniki Chorób Wewnętrznych, Nadciśnienia Tętniczego i Angiologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego (jest autorem i współautorem ponad 100 prac opublikowanych w pismach medycznych: ”American Journal of Hypertension”, ”Lancet”, ”Cancer Cell”, ”PNAS”, ”PloS Medcine”, ”Cardiovascular Research”) przewiduje, że dobra karta może niebawem odwrócić się od komercyjnych czasopism, bowiem coraz większy prestiż w świecie nauki zdobywają otwarte wydawnictwa i bazy.

- Jednakże one z kolei koszty funkcjonowania przerzucają na autorów - trzeba zapłacić za możliwość publikacji. Ale czytelnik ma za to darmowy dostęp. Mogę wyobrazić sobie sytuację, że autorzy właśnie w takich internetowych tytułach zaczną publikować - mówi Gaciong i wyjaśnia, że uznaniem cieszą się te pisma, które zamieszczają artykuły na wysokim poziomie merytorycznym, a nie te, które mają wysoką cenę.

- Kto wie, jak rozwinie się sytuacja. Podejrzewam, że drogie pisma komercyjne będą musiały zareagować na pojawienie się otwartych baz - dodaje profesor.

Ale to przyszłość. Wróćmy do szarej, uczelnianej rzeczywistości.

Joanna Didkowska narzeka, że częstokroć nie może zapoznać się z jakimś interesującym ją artykułem, bo nie ma do niego dostępu, a jej instytutu nie stać, żeby go wykupić.

- Mnie tym bardziej nie stać, bo jeśli mam zapłacić 35 funtów czy kilkadziesiąt euro z marnej pensji za jednorazowy dostęp, to przepraszam, ale wolę kupić coś dziecku. Nie mamy na przykład dostępu do Lancetu. Centrum Onkologii nie wykupiło, gdyż to prestiżowe czasopismo nie jest poświęcone wyłącznie chorobom onkologicznym, więc uznano, że lepiej kupić bardziej specjalistyczne. Ale nie mamy także Lancet Oncology - żali się dr Didkowska.

Sposobem do wiedzy
Co robią naukowcy, żeby obejść bariery finansowe? Starym akademickim zwyczajem wymieniają się swoimi publikacjami.

- Jeśli znam autora, wysyłam do niego maila z prośbą o udostępnienie tekstu. Do mnie też z takimi prośbami zwracają się koledzy naukowcy i chętnie udostępniam im swoje teksty, choć nie wiem, jak to prawnie teraz wygląda. Kiedyś było to normą - opowiada Didkowska.

- Spotykam się z wielką życzliwością naukowców z całego świata, gdy proszę ich o przesłanie mi jakiegoś artykułu. Postąpiłbym tak samo, gdyby ktoś do mnie się zwrócił z podobną prośbą, bo uważam, że informacja naukowa powinna być powszechnie dostępna - twierdzi mgr Michał Karbownik, asystent naukowo-dydaktyczny z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, kolejny sygnatariusz apelu otwartymandat.pl.

Mówi nam też, że wśród młodych naukowców praktykowany jest zwyczaj wspólnego kupowania określonego tytułu i wypożyczania go sobie, by każdy z partycypujących w wydatku mógł zapoznać się z interesującymi go tekstami.

- W internecie jest bardzo dużo artykułów, ale często trzeba zapłacić kilkanaście, kilkadziesiąt zł, żeby się zapoznać z wybranymi publikacjami. Za elektroniczny dostęp do czasopism anglojęzycznych trzeba zapłacić natomiast od kilkudziesięciu do kilkuset zł - wylicza doktorant Michał Karbownik i wyjaśnia, że uczelniana biblioteka nie prenumeruje wszystkich potrzebnych mu tytułów.

Warto dodać, że w lipcu Komisja Europejska zaleciła państwom członkowskim uczynienie wolnego dostępu do publikacji naukowych ogólną zasadą w przypadku wyników badań finansowanych w ramach ich własnych krajowych programów. Celem jest zapewnienie do 2016 roku wolnego dostępu do 60 proc. artykułów dotyczących europejskich badań naukowych finansowanych ze środków publicznych.

Podobał się artykuł? Podziel się!

IX EUROPEJSKI KONGRES GOSPODARCZY

10-12 maja 2017 • Katowice • Międzynarodowe Centrum Kongresowe i Spodek

comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH