RR/Rynek Zdrowia | 29-09-2018 08:00

Pacjencie, ulżyj sobie w chorobie i poprzeklinaj na zdrowie. To pomaga

Walnięcie się młotkiem w palec wywołuje od razu słowną reakcję - pada siarczyste przekleństwo. Tyle wie każdy, sprawdzać nie trzeba. Nie było natomiast pewności co do tego, że bluzgi łagodzą ból. Teraz wiemy i to. Wiedza o mechanizmach i korzyściach z przeklinania została okupiona bolesnymi eksperymentami.

- Żeby przeklinać, trzeba mieć siłę. Czasem mówię lekarzom: jeśli pacjent się wścieka, to się cieszcie, bo ma siłę, żeby walczyć o zdrowie - mówi Marta Nowak-Kulpa, psycholog, psychoterapeuta. Fot. Archiwum

Ich uczestnicy - dla dobra nauki - mieli za zadanie jak najdłużej trzymać dłonie w lodowatej wodzie lub jak w innych badaniach - nad rozgrzaną żarówką albo też pedałować do utraty tchu.

Jeden z najgłośniejszych eksperymentów przeprowadził psycholog dr Richard Stephens. Namówił 67 studentów z Uniwersytetu Keele w Anglii, by zanurzyli dłonie w lodowatej wodzie i trzymali je w niej tak długo, jak tylko mogą (Rada Etyki Wydziału Psychologii zatwierdziła te badania). W tym czasie wolno im było używać tylko jednego przekleństwa i jednego słowa neutralnego. Okazało się, że gdy ci sami ochotnicy przeklinali, wytrzymywali o połowę dłużej niż wtedy, gdy używali określeń neutralnych. Co więcej, przekleństwa podwyższały ich tętno i obniżały poziom odczuwanego bólu; gdy przeklinali, doświadczali mniejszych cierpień.

To były odkrywcze wnioski, bo przez wiele lat utrzymywało się przekonanie, że słowne wiązanki nie są skuteczną reakcją na ból. Pogarszają jedynie stan psychiczny, ponieważ wprowadzają zniekształcenie poznawcze, zwane katastrofizacją, czyli że w sytuacji zagrożenia przychodzą nam do głowy najgorsze scenariusze, które wzmacniają poczucie bezsilności.

Siła mocnego słowa
Stephens kontynuował eksperymenty, a o ich wynikach powiadomił w 2017 r. uczestników dorocznej konferencji organizowanej przez British Psychological Society w Brighton. Jego zespół ustalił, że przeklinanie zwiększa wydolność fizyczną organizmu i sprawia, że w momencie gdy padają bluzgi, człowiek jest przez chwilę silniejszy.

Badacze doszli do tego zaskakującego wniosku na podstawie serii doświadczeń. Udowodniono, że np. osoby przeklinające podczas pedałowania generowały moc większą średnio o 24 waty, natomiast siła ścisku dłoni, wspierana grubym słowem, wzrastała średnio o 2,1 kilograma. Zauważono także, że bicie serca przestało przyspieszać w momencie przeklinania, mimo że właśnie wtedy wysiłek się zwiększał.

- Przekonaliśmy się, że przeklinanie jest korzystne. Jednym z możliwych powodów jest to, że stymuluje układ współczulny - obok układu przywspółczulnego, jedną z dwóch głównych części autonomicznego układu nerwowego, odpowiedzialną przede wszystkim za mobilizację organizmu. Ten układ sprawia między innymi, że serce szybciej bije w obliczu niebezpieczeństwa - wyjaśnia Stephens.

Czytaj: Przeklinanie to ewolucyjny sposób podnoszenia poziomu agresji i zmniejszania bólu

Jego zdaniem wyniki tych eksperymentów pozwalają zrozumieć, dlaczego wulgaryzmy występują we wszystkich językach świata, a bokserzy lżą się wzajemnie przed walką. - W przeszłości był to sposób podnoszenia poziomu agresji i zmniejszania bólu, gdy w obliczu ataku drapieżnika czy przeciwnika należało zadecydować, czy zostać i walczyć czy uciekać - tłumaczy Richard Stephens.

Całkiem możliwe, że przekleństwo było jednym z pierwszych słów wypowiedzianych przez człowieka.

Co medycyna przemilczy, psychologia ogłosi
Warto zauważyć, że na zbawienne skutki używania wulgaryzmów w reakcji na ból zwraca uwagę psychologia. Przedstawiciele nauk medycznych milczą wyniośle.

- Nie mamy żadnych danych o tym zjawisku i nie jesteśmy za tym, by lansować ten temat - przyznaje w rozmowie z nami prof. Jan Dobrogowski, prezes Polskiego Towarzystwa Badania Bólu.

Radzi, żeby lepiej zająć się łagodzącą ból muzykoterapią, która swego czasu budziła kontrowersje. Profesor dodaje, że o roli wulgaryzmów rozmawiał z psychologiem ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.

- Też nie wyraża pozytywnej opinii nt. naukowych racji przemawiających za badaniem tego zagadnienia - podkreśla.

Tym niemniej pacjenci używają wulgaryzmów. Tam gdzie ból, tam i przekleństwa. To fakt, który wart jest naukowej refleksji i sprawdzenia, czy rzucanie mięsem szkodzi czy też pomaga.

- Przekleństwa same w sobie nie są lekarstwem na złagodzenie bólu. Jeżeli jednak przeklinanie komuś pomaga, jest jak najbardziej wskazane - przekonuje prof. Krystyna de Walden-Gałuszko, zastępca prezesa Polskiego Towarzystwa Psychoonkologicznego.

Zwraca uwagę, że pewna grupa osób rozładowuje napięcia poprzez wygadanie się, co może przybrać formę przeklinania albo np. skargi. To zależy od osobowości, przyzwyczajeń, kręgu kulturowego.

- Ale są też tacy, którzy wierzą, że im bardziej będą jęczeć i narzekać, tym lepiej zniosą ból. Są również osoby skryte, które nie ujawniają emocji. Sposoby łagodzenie bólu to bardzo indywidualne wybory. Każdy podświadomie wybiera taką formę ekspresji, która najlepiej rozładowuje napięcie. Faktem jest, że dużo osób szuka ujścia nagromadzonych doznań poprzez werbalne formy ujawnienia tego, co przeżywają. Muszą jakoś odreagować - mówi nam prof. de Walden-Gałuszko, psychoonkolog i psychiatra.

Smutek odbiera siłę, złość ją daje
Marta Nowak-Kulpa, psycholog, psychoterapeuta z Centrum Onkologii - Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie Oddział w Gliwicach, uważa, że smutek odbiera siłę, a złość ją daje.

- Żeby przeklinać, trzeba mieć siłę. Czasem mówię lekarzom: jeśli pacjent się wścieka, to się cieszcie, bo ma siłę, żeby walczyć o zdrowie.

Zaznacza jednak, że nigdy nie zdarzyło się jej zalecić choremu przeklinania jako formy wyrażenia złości. Wskazuje, że równie dobrze można wyrażać frustrację, złość, niezadowolenie nazywając te emocje, niekoniecznie przeklinając. Przeklinanie nie jest panaceum - podkreśla psychoterapeutka.

- Przeklinanie wśród pacjentów występuje incydentalnie. Jeśli już ktoś to robi, to nie publicznie. Przekleństwa mają zazwyczaj związek z zewnętrznymi sytuacjami, jest to np. utyskiwanie na długie kolejki. Pomstowanie na los i chorobę rzadko się zdarza - dzieli się swoimi spostrzeżeniami z kontaktów z pacjentami onkologicznymi Marta Nowak-Kulpa.

Wulgaryzmy w przełamywaniu tabu
Rak to temat objęty tak silnym tabu, że w niektórych krajach sama nazwa jest przekleństwem. Np. Holendrzy mają bogaty zasób przekleństw związanych z chorobami: życzenie policjantowi, by zachorował na raka (Kankerlijer), może skończyć się dwuletnią odsiadką - ilustruje to przykładem Emma Byrne, autorka wydanej w tym roku w Polsce książki ''Bluzgaj zdrowo, o pożytkach z przeklinania''.

Jest ona przekonana, że pacjentom onkologicznym przekleństwa pomagają w radzeniu sobie z bólem, lękiem, frustracją. Na dowód przytacza badania, które prowadziła dr Sarah Seymour-Smith z Uniwersytetu Huddersfield na temat mężczyzn chorujących na raka jąder. Twierdzili oni, że udział w terapii grupowej i rozmowa o uczuciach towarzyszących chorobie są dla nich niezwykle trudne, natomiast przekleństwa przynoszą im prawdziwe oczyszczenie. Wulgaryzmy i żartobliwy ton wypowiedzi to sposób na odbudowanie wizerunku mężczyzny po usunięciu jąder.

Kobietom mniej wolno
Inaczej jest w przypadku kobiet zmagających z rakiem piersi lub innymi przewlekłymi chorobami - nie mogą bezkarnie poprzeklinać. Badała to profesor Megan Robbins i jej współpracownicy z Uniwersytetu Arizony. Okazało się, że przeklinające kobiety częściej wpadają w depresję i dostają mniejsze wsparcie ze strony przyjaciół niż te, które się od tego powstrzymują.

Kobiety, zwłaszcza te urodzone przed 1960 rokiem, wiąż nie czują się uprawnione do przeklinania. Nawet w XXI wieku mężczyźni nie mogą płakać, a miłe dziewczyny używać soczystego języka - konkluduje dr Emma Byrne.

Wyjątek to poród. Wtedy panie folgują sobie z przekleństwami. Najczęściej obrzucają błotem mężczyzn, uznawanych za podstępnych i jedynych winowajców dojmującego bólu.

Istnieje silna zależność między tym, jak bolesny jest poród, a tym, jak mocno kobieta spodziewa się, że będzie ją bolało. Z doświadczeń ciężarnych wynika, że strach zwiększa ból, toruje mu drogę - czytamy w książce o pożytkach z przeklinania.

I tym razem autorka nie jest gołosłowna. Dotarła do badań, które wskazują, że lęk przed porodem może także obniżyć odporność na cierpienie zupełnie z nim niezwiązane. Kobiety, które spodziewają się bolesnego porodu, wyjmują dłonie z lodowatej wody znacznie szybciej niż te, które wierzą, że wszystko pójdzie bezboleśnie.

Ten ostatni eksperyment tłumaczy poniekąd, dlaczego nauki medyczne nie zajmują się badaniem związku między bólem a przeklinaniem.