RELACJA

Polscy specjaliści podejmują wiele działań mających poprawić dostępność do nowoczesnych metod leczenia dla swoich pacjentów. Jednak zakres korzystania z najnowszych terapii w wielu chorobach wciąż pozostawia w naszym kraju wiele do życzenia.

Uczestnicy sesji „Kilka chorób, wspólny problem - aby pacjenci mieli szansę na dobre leczenie” w ramach XI Forum Rynku Zdrowia wskazywali, że główne przeszkody w dostępie do innowacyjnych metod leczenia to: brak nowych regulacji prawnych, niedostatek narzędzi (np. rejestrów chorób), niski poziom finansowania.

Korzystna zmiana przepisów
Senator mijającej kadencji, a obecnie posłanka prof. Alicja Chybicka, kierownik Katedry i Kliniki Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu przyznała, że w przypadku najmłodszych pacjentów onkohematologicznych dostęp do innowacyjnych leków wygląda bardzo źle.

Jak podkreślała, ze względu na częstość występowania nowotwory u dzieci zaliczane są do chorób rzadkich i firmy farmaceutyczne nie są zainteresowane prowadzeniem kosztownych komercyjnych badań klinicznych służących rejestracji leku do zastosowania u dzieci i młodzieży. NFZ zaś nie może płacić za leki eksperymentalne. W efekcie możliwość stosowania u dzieci w kraju innowacyjnych leków jest bardzo utrudniona.

- Aby z nich skorzystać duża grupa chorych musi wyjeżdżać za granicę. Ale przyszedł czas zmian i jest szansa, że zaczniemy ściągać do kraju nowe terapie, a nasi pacjenci nie będą umierali z powodu braku możliwości korzystania z postępu medycyny - komentowała profesor.

Jak wyjaśniała przez ostatnie cztery lata, jako parlamentarzystka walczyła, aby można było sprowadzać do kraju badania kliniczne niesponsorowane. Profesor zwróciła uwagę na pozytywne zmiany prawa w tym zakresie.

- Ustawa Prawo farmaceutyczne wprowadza ułatwienia dla sponsorów niekomercyjnych badań klinicznych i sprzyja rozwojowi badań naukowych w kraju poprzez zapewnienie finansowania części procedur medycznych przez NFZ - tłumaczyła prof. Chybicka.

Leczenie SM na świecie i w Polsce
Prof. Jerzy Kotowicz z Akademickiego Centrum Medycznego w Warszawie zwrócił uwagę, że jedną z grup pacjentów mogących korzystać z bardzo ograniczonego zasobu leków - które można podawać jedynie w programach lekowych - są chorzy na stwardnienie rozsiane.

- SM jest uważane za najczęstszą przyczynę niepełnosprawności osób młodych, ale nie oznacza to, że zawsze musi do tego prowadzić - podkreślał profesor.

Szacuje się, że w Polsce na SM cierpi ponad 50 tys. osób. Dzięki postępowi medycyny na rynku pojawiły się leki, które zmniejszają liczbę ognisk demielinizacyjnych w mózgu, redukują liczbę rzutów, a przez to redukują postęp niepełnosprawności. Obecnie na świecie dostępnych jest dziesięć leków dedykowanych tej grupie chorych.

- Ale nie w Polsce. W kraju pacjenci mają do dyspozycji jedynie niektóre z nich. Dodatkowo leki te system opieki zdrowotnej podzielił na środki dostępne w ramach terapii pierwszego i drugiego wyboru. Trudno więc mówić o możliwości terapii celowanej, która jest przyszłością walki z SM - zaznacza specjalista.

- Mamy też problem z niewielką wiedzą wśród społeczeństwa, a to, niestety, prowadzi często do wykluczenia społecznego - powiedział prof. Kotowicz.

Z danych NFZ wynika, że w ubiegłym roku lekami pierwszoliniowymi leczonych było blisko 7300 chorych, a lekami drugoliniowymi - niespełna 600. - To najniższy w Europie odsetek chorych na stwardnienie rozsiane poddawanych tego typu leczeniu. Są leki, które pozwalają u wielu pacjentów skutecznie łagodzić rzuty tej choroby i spowalniać jej rozwój, a przez to zapobiegać inwalidztwu - podkreślił prof. Jerzy Kotowicz.

Jak dowodził, leczenie, choć drogie, jest dla państwa opłacalne, bo zapobiega niepełnosprawności chorych i przechodzeniu na renty. Jednak w kraju z tej możliwości leczenia może skorzystać niewielki, bo kilkuprocentowy odsetek chorych.

- Mamy bardzo ostre kryteria kwalifikacji do terapii. Program wprowadza punktację, która praktyczne eliminuje chorych po 40. roku życia i chorujących dłużej niż trzy lata. Małe szanse na terapię mają też pacjenci z nawet niewielkim stopniem niepełnosprawności. Do tego dochodzi długi czas oczekiwania na włączenie terapii, a przecież w tym przypadku czas odgrywa decydującą rolę. To zaś jest związane z niewystarczającą liczbą wyspecjalizowanych ośrodków, gdzie prowadzone jest leczenie - wyliczał specjalista.

Prof. Kotowicz przyznał, że w przypadku chorych na SM ograniczony dostęp do skutecznego leczenia to niejedyny problem.

- Nasi pacjenci są zdecydowanie zbyt długo diagnozowani w kierunku SM. W Polsce rozpoznanie tej choroby zajmuje nawet dwa lata, podczas gdy w np. w Czechach tylko 3 miesiące. Opóźnienia w diagnozie i leczeniu powodują bezpowrotną utratę tkanki nerwowej mózgu oraz rozwój niepełnosprawności - podkreślał.

Inwestujmy w skuteczne terapie
Eksperci wskazywali, że wskutek tych barier w Polsce, w dwa lata od zdiagnozowania SM 75% chorych przechodzi na rentę.

- Państwu opłacałoby się inwestowanie w skuteczne terapie osób ze stwardnieniem rozsianym, gdyż pozwalałoby to utrzymać chorych na rynku pracy - zaznaczała Magdalena Fac-Skhirtladze, sekretarz Polskiego Towarzystwa Stwardnienia Rozsianego.

Jak zaznaczała SM dotyka młodych ludzi, w wieku produkcyjnym, między 20. a 40. rokiem życia i w krótkim czasie potrafi uczynić z nich niepełnosprawne osoby.

- Młody człowiek mógłby - mimo choroby - zachować możliwie długo dobry stan zdrowia, bo postęp medycyny sprawił, że skuteczność terapii jest coraz większa. Niestety, limitowanie procedur prowadzi do tego, że taka osoba trafia na wózek i spychana jest na margines życia społecznego - komentowała Magdalena Fac-Skhirtladze.

Prof. Kotowcz zwrócił uwagę, że leki pierwszoliniowe dostępne w kraju wymagają iniekcji, co jest dużym dyskomfortem dla chorych. Nowsze, doustne leki zarejestrowane w Unii Europejskiej mają udowodnioną wysoką skuteczność.

- Na te leki wyczekują polscy pacjenci. Trzeba pamiętać, że w przypadku chorób przewlekłych także sposób przyjmowania leków jest istotną kwestią - podkreślał profesor.

 Bardzo wymierne koszty
Podczas sesji wskazywano też, że się coraz poważniejszym wyzwaniem dla zdrowia publicznego są choroby narządu ruchu, w tym kręgosłupa.

- Temat chorób kręgosłupa jest spychany na margines przez decydentów. A przecież epidemiologia wskazuje, że w całej populacji nawet 80% ma lub będzie miało objawy wskazujące na choroby kręgosłupa, a ok. 20% tej grupy będzie miała problemy o charakterze przewlekłym. Każdego roku ok. 6 mln Polaków zgłasza się do różnych placówek systemu zdrowia finansowanych przez NFZ z bólem pleców, a przecież trzeba założyć, że gros takich osób szuka pomocy w prywatnym sektorze - mówił prof. Robert Gasik, kierownik Kliniki i Polikliniki Neuroortopedii i Neurologii w Narodowym Instytucie Geriatrii, Reumatologii i Rehabilitacji.

Dr Filip Raciborski, kierownik Zakładu Epidemiologii i Promocji Zdrowia w tym samym Instytucie zwrócił uwagę, że odsetek chorych na choroby kręgosłupa będzie dynamicznie wzrastać wraz ze starzeniem się społeczeństwa.

Doktor przekonywał, że problem chorób kręgosłupa ma olbrzymi wpływ na funkcjonowanie państwa i gospodarkę. Jak wyjaśniał rocznie te schorzenia generują ponad 30 mln osobodni absencji chorobowej.

- Szacowane straty z tego tytułu to ponad 6 miliardów złotych rocznie w tzw. transferach. To m.in. koszty zwolnień lekarskich, często długoterminowych, koszty rent oraz utraconej produktywności - wyliczał.

Specjaliści zwracali uwagę, że pod względem liczby wydanych zaświadczeń lekarskich pierwsze miejsce zajmują choroby układu oddechowego, ale już na 2. miejscu figurują choroby narządu ruchu.

Rocznie NFZ na procedury związane z leczeniem chorób kręgosłupa wydaje ok. 350 mln zł. - To może się wydawać dużo, ale w zderzeniu z kosztami, jakie te problemy zdrowotne generują, to kwota niewielka - mówił Raciborski.

Eksperci wskazywali, że jeśli nie zostaną wprowadzone trwałe zmiany w zakresie świadomości zdrowotnej, profilaktyki, wczesnej diagnostyki i lepszego leczenia tych chorób, sytuacja ulegnie dalszemu pogorszeniu ze względu na trendy demograficzne.

W przypadku chorób kręgosłupa duży problemem jest opóźnienie diagnostyczne. Początkowo bóle pleców często są przez pacjentów bagatelizowane. Potem nakłada się na to problem z dotarciem do odpowiedniego specjalisty.

Problemy z diagnostyką i nie tylko
Prof. Gasik przyznał, że propozycje, które padają ze strony decydentów w zakresie rozwiązania problemów pacjentów z chorobami kręgosłupa są niewystarczające.

- Musimy lepiej poznać problem, nie mamy dobrych danych epidemiologicznych. Wiemy jedynie, że w kraju operujemy znacząco mniej pacjentów cierpiących na choroby kręgosłupa niż Czesi czy Niemcy. To oznacza, że mamy problem z diagnostyką. Musimy myśleć o profilaktyce, a ta „leży” wśród młodych Polaków. Trzeba ją też wprowadzać w medycynie pracy - mówił profesor.

W jego opinii można to zrobić wdrażając pewne programy, które pomogą pacjentowi szybciej dotrzeć do specjalistów, takich jak rehabilitanci, fizjoterapeuci i ortopedzi.

Prof. Gasik zaznaczył, że do polityki zdrowotnej podchodzi się w kraju poprzez długość życia Polaków, a należałoby też uwzględniać, jakość tego życia i trwanie w zdrowiu. Mówiąc o zdrowiu zwykle skupiamy się na problemach onkologicznych, naczyniowych, a pomija się inne choroby.

- Biorąc pod uwagę skutki społeczne chorób kręgosłupa nie powinny one być traktowane jako mniej istotne niż na przykład schorzenia kardiologiczne. I należy pilnie opracować plan zapobiegania społecznym oraz ekonomicznym skutkom tych chorób - zaznaczył prof. Robert Gasik.

 

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH