- Opieka długoterminowa jest niedofinansowana, a leczenie najciężej chorych utrudniają absurdalne przepisy, które jak najszybciej trzeba zmienić - apeluje kujawsko-pomorski konsultant wojewódzki w dziedzinie opieki długoterminowej Grażyna Śmiarowska.

Grażyna Śmiarowska kieruje także Zakładem Pielęgnacyjno-Opiekuńczym im. ks. Popiełuszki w Toruniu. Podkreśla, że problem mają wszystkie tego typu placówki w kraju i na dowód pokazuje apele do NFZ oraz Ministerstwa Zdrowia, pod którymi podpisało się prawie 70 dyrektorów  zakładów pielęgnacyjnych z całej Polski.

Od lat brakuje środków na profesjonalną opiekę nad osobami przewlekle chorymi: na alzheimera, po udarach i wypadkach. Kiedy w ub.r. NFZ podniósł dobowe stawki, dyrektorzy ZPO odetchnęli z ulgą. Wraz z podwyżką Fundusz wprowadził bowiem nowy system kwalifikowania pacjentów.

Wcześniej za najcięższe uznawane były przypadki osób w stanie wegetatywnym - Fundusz płacił 140 zł za dobę opieki. Obecnie nakazał kwalifikować ich według tzw. skali Barthel, która określa, w jakim stopniu pacjent ma zaburzone podstawowe czynności życiowe. Zero punktów oznacza, że nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować: zjeść, ubrać się, zgłosić potrzeb fizjologicznych.

Kiedy zakłady pielęgnacyjno-opiekuńcze (ZPO) zaczęły kwalifikować pacjentów, okazało się, że osób z zerową liczbą punktów jest znacznie więcej niż pacjentów w stanie wegetatywnym. Dla placówek było to korzystne, bo na takiego podopiecznego dostawały aż 198 zł za dobę, co rozwiązywało dużą część problemów finansowych. Kiedy jednak Fundusz zorientował się, że będzie musiał płacić dużo więcej, wprowadził obostrzenia. Zdaniem fachowców - bezsensowne. Uznał np., że stawka 198 zł należy się tylko osobom karmionym przez sondę.

- A sonda nie jest dla pacjenta korzystna, bo na dłuższą metę prowadzi do degeneracji układu pokarmowego - tłumaczy Śmiarowska. - U osoby, która może jeść normalnie, zawsze staramy się jak najdłużej ten odruch podtrzymać.

Kolejnym problemem podnoszonym przez specjalistów od opieki długoterminowej jest wymóg zatrudniania jednego rehabilitanta na cztery osoby. To by oznaczało, że chory ćwiczy po dwie godziny dziennie. Ci ludzie nie są w stanie znieść takiej dawki wysiłku. Nawet w specjalistycznej rehabilitacji wystarcza jeden fachowiec na dziesięciu pacjentów.

Ten wyśrubowany wymóg generuje dodatkowe koszty. Podobnie jak narzucona przez Fundusz konieczność zatrudnienia anestezjologa. Dyrektorzy ZPO podnoszą też, że urzędnicy po prostu nie znają realiów organizacji opieki nad chorymi. Najbardziej sen z powiek spędza im fakt, że w przyjętym właśnie tzw. koszyku świadczeń gwarantowanych nie ujęto opieki dziennej, czyli takiej, kiedy chorzy przychodzą na terapię tylko na kilka godzin.

Niedofinansowanie sprawia, że zakłady szukają oszczędności, gdzie mogą. Są zakłady, których nie stać na przyjęcie do pracy specjalistów, co może się odbić na pacjentach.

Szefowie zakładów spotkali się z prezesem NFZ, wystosowali także apel do minister Ewy Kopacz. Czekają na odzew.

Podobał się artykuł? Podziel się!
comments powered by Disqus

PARTNER DZIAŁU

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH