Jacek Janik/Rynek Zdrowia | 15-10-2019 05:55

Podkupywanie lekarzy, zawieszanie oddziałów. "Takiego bałaganu w ochronie zdrowia jeszcze nie było"

Zamykane i zawieszane oddziały szpitalne oraz lekarskie braki kadrowe to tematy, które zdominowały ostatnie dni przed wyborami parlamentarnymi. Tylko w tym roku zawieszono na krótszy czy dłuższy czas 308 oddziałów szpitalnych - najczęściej położniczych, pediatrycznych, internistycznych, chirurgicznych czy neurologicznych. To oczywiście w głównej mierze efekt braku lekarzy w systemie.

Fot. Fotolia

System ochrony zdrowia znalazł się w głębokim kryzysie. Coraz bardziej jest widoczna luka pokoleniowa wśród medyków wynikająca z wieloletniego braku długofalowej strategii ich kształcenia. Jak wylicza Naczelna Izba Lekarska braki lekarzy sięgają 68 tys.

Luka pokoleniowa
Mamy w Polsce zaledwie 2,4 lekarza na tysiąc mieszkańców (przy europejskiej średniej 3,5) i plasujemy się pod tym względem na ostatnim miejscu na Starym Kontynencie. Jak wynika z centralnego rejestru, uwzględniającego posiadających prawo do wykonywania zawodu, mamy co prawda prawie 173 tys. lekarzy, ale ta liczba uwzględnia nawet tych, którzy pracują dwie godziny tygodniowo, lub z różnych względów nie pracują wcale. Ponieważ przeważająca większość lekarzy znajduje się w grupie wiekowej 51-55 lat, problem będzie się najbliższych latach pogłębiał.

Choć Ministerstwo Zdrowia nie ma twardych danych na temat zawieszanych i zamykanych oddziałów szpitalnych (bo ich nie zbiera) a wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński przekonywał jeszcze w ubiegłym tygodniu o nieprawdziwości liczb podawanych przez media, jedno jest pewne - częstotliwość zawieszania i likwidowania oddziałów szpitalnych jest porażająca. Co rusz dowiadujemy się o kłopotach kolejnych oddziałów, a informacje o ich zawieszaniu stały się niemal codziennością.

357 zamkniętych oddziałów szpitalnych w ciągu 20 miesięcy, które przywołuje w swoim artykule portal tokfm.pl w oparciu o analizę rejestrów wojewodów, musi powodować w całym systemie poważne implikacje. Czy można w jakiś sposób temu pogłębiającemu się kryzysowi w jakiś sposób zapobiec? Przeciwdziałać?

Zdaniem dra Jerzego Gryglewicza, eksperta Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego dzisiaj na to nie ma prostej recepty, a problem niedoboru kadry lekarskiej będzie narastał. W podstawowych specjalizacjach takich jak pediatria, ginekologia, choroby wewnętrzne czy chirurgia średni wiek lekarzy jest szczególnie zaawansowany i zbliża się do 60 lat.

Pieniądze to nie wszystko
- Powodem trudnej sytuacji kadrowej są także rosnące zarobki lekarzy przez co gotowość do pracy, głównie na dyżurach, jest mniejsza. To jest zrozumiałe, bo gratyfikację na odpowiednim poziomie można uzyskać zdecydowanie szybciej. To, że kiedyś lekarze brali po 15 dyżurów wynikało z tego, że były one nisko wycenione i trzeba było ich brać więcej. Dzisiaj nie ma takiej potrzeby - mówi dr Gryglewicz.

Jak mówi dr Marek Kowalski, pediatra z ponad 30-letnim stażem, który pracuje obecnie u kilku pracodawców, takiego bałaganu jak do tej pory nie było jeszcze w ochronie zdrowia. Korzystają na tym lekarze, którzy dyktują dyrektorom szpitali swoje warunki zatrudnienia.

- Właściwie mogę otrzymać takie wynagrodzenie, jakie zażądam i jeszcze pracodawcy błagają mnie, żebym się zdecydował je przyjąć. Jakiś czas temu było to nie do pomyślenia. Jedyny problem to brak czasu dla siebie. Jeśli pracuje nas mało na oddziale, to nie ma kiedy wziąć urlopu, jakiegoś wolnego, które czasem jest potrzebne, bo wówczas cały grafik dyżurów się sypie, a przecież lekarz na oddziale musi być - podkreśla lekarz.

Opisuje w szczegółach, jak wygląda obecnie „dziki rynek pracy dla lekarzy” w którym pracodawcy zazwyczaj są na straconej pozycji. Jak dodaje dr Gryglewicz, taka sytuacja na rynku jest powszechna. Gdyby było mniej łóżek szpitalnych, mniej oddziałów, byłoby więcej lekarzy i nie byłoby takiego ich dyktatu.

Jak podkreśla dr Adam Kozierkiewicz, ekspert ds. ekonomiki zdrowia, będzie jeszcze gorzej, bo starsze pokolenie lekarzy się wykrusza, a młodzi cenią sobie równowagę pomiędzy pracą a życiem prywatnym. Dawniej lekarze pracowali po sto godzin tygodniowo, czego dzisiaj młodzi nie zamierzają robić.

- Korzystnym zjawiskiem będzie, że jeśli wynagrodzenia lekarzy będą tak rosły, to możemy liczyć się z powrotem polskich lekarzy z zagranicy, bo zarobki tutaj mogą być wyższe niż w Anglii czy Niemczech. Świadomość tego, że w Polsce można więcej zarobić niż za granicą z pewnością spowoduje, że część lekarzy chętnie powróci - mówi dr Gryglewicz.

Za dużo szpitali, za dużo oddziałów?
We wszystkich raportach, w tym w ostatnim raporcie NIK, wskazuje się, że mamy zbyt dużą liczbę łóżek szpitalnych. Stwierdza się w nich, że w Polsce jest najmniej lekarzy w całej UE, przy jednocześnie przy największej liczbie szpitalnych łóżek. To musi stwarzać problem.

Porażką „sieci szpitali”, która weszła w życie prawie trzy lata temu jest to, że nie doprowadziła do racjonalizacji w zakresie oddziałów i szpitalnych łóżek, choć taki był jej cel poza oszczędnościowym. Jeśli są np. oddziały ginekologiczno-położnicze, gdzie odbywa się jeden poród w tygodniu, to nie ma żadnego uzasadnienia, żeby taki oddział utrzymywać.

Okazuje się, że cały wysiłek od ponad 20 lat wkładany w zmniejszanie liczby łóżek szpitalnych na rzecz tańszej opieki w AOS jest nieskuteczny. - Jedną z przyczyn tego, że nakłady na szpitalnictwo rosną są limity wykonania świadczeń i ich wycena. Korzystniej finansowo jest dla szpitala robić np. badania w trybie hospitalizacji w ciągu trzech dni niż w AOS w ciągu trzech godzin - mówi dr Kozierkiewicz.

- W diagnostyce obrazowej sytuacja się poprawiła, ale to jest tylko jeden z obszarów. Np. wykonywanie biopsji mogłoby się odbywać w trybie ambulatoryjnym lub jednodniowym. Na świecie biopsja nie jest powodem hospitalizacji. W Polsce to standard. Ponieważ opieka ambulatoryjna sprawowana jest także przez szpitale i jeśli ten ma do wyboru zainkasować 200 złotych za wizytę lub 2,5 tys. zł za krótki pobyt szpitalny, z oczywistych względów wybierze to drugie - dodaje.

Zdaniem dra Gryglewicza, niebezpieczne w zamykaniu oddziałów szpitalnych jest to, że dzisiaj następuje to w sposób chaotyczny, zupełnie przypadkowy. Nie jest to redukcja opierająca się o mapy potrzeb zdrowotnych czy inne narzędzia.

„Okienko transferowe”?
Braki lekarzy powodują kuriozalne sytuacje. Powstały np. „rotacyjnie działające oddziały szpitalne”. Jaskrawym przykładem jest oddział neurologiczny Szpitala Miejskiego w Rudzie Śląskiej, który został zawieszony, ponieważ odeszli z niego wszyscy lekarze. Ma wznowić od grudnia pracę, bo zatrudni wszystkich lekarzy z podobnego oddziału ze szpitala w Dąbrowie Górniczej, nad którym zawiśnie widmo zawieszenia.

Komentując tę sytuację dr Kozierkiewicz ironizuje: - Myślę, że powinniśmy otworzyć „okienka transferowe” gdzieś w okolicach lipca, kiedy jest najmniej pacjentów w szpitalach, żeby te transfery przynosiły najmniej szkody. To rzeczywiście śmieszne sytuacje, ale wynikające z krótkowzroczności kierownictwa szpitala. Nawet jeśli innemu szpitalowi „podbierze” się personel, to za chwilę ktoś się z niego wykruszy i znowu oddział straci rację bytu.

- Takie sytuacje wynikają z tego, że publiczna placówka koniecznie postanowiła istnieć (i to jest imperatyw polityczny). Jestem przekonany, że prywatny dostawca świadczeń zdrowotnych rzadziej decydowałby się na takie masowe ruchy kadrowe. Taka stabilność kadry jest niepewna i budowanie przyszłości placówki o takie działania nie są dobrym rozwiązaniem. W samorządowych szpitalach najważniejszą rolę odgrywają decyzje polityczne i zbyt duży ich koszt powoduje przekupywanie lekarzy, co często jest jeszcze robione na przysłowiową „kreskę” i szpital pogrąża jeszcze bardziej w długach - dodaje dr Kozierkiewicz

25 tys. dodatkowych lekarzy?
Czy jest możliwa poprawa sytuacji kadrowej w ochronie zdrowia? Czy wystarczy zwiększać rok do roku o kilka procent ilość miejsc na uczelniach o kierunkach medycznych? Jak mówi dr Gryglewicz, takie działania są racjonalne - powstaje wiele nowych uczelni, coraz więcej młodych ludzi kształci się na kierunkach medycznych i praktycznie są one dzisiaj w każdym województwie. To przyniesie efekty, ale dopiero w perspektywie przynajmniej 10 lat.

Jak przekonuje dr Kozierkiewicz na trudną sytuację kadrową w krótkiej perspektywie trudno znaleźć antidotum. Nie zmienią jej radykalnie ani powstające w resorcie zdrowia przepisy mające ułatwić zatrudnianie w Polsce lekarzy zza naszej wschodniej granicy ani przyrost od kilku lat liczby absolwentów medycyny.

- Jest moim zdaniem pewna rezerwa, którą można uruchomić w miarę szybko. Trzeba przesunąć obowiązki pomiędzy lekarzami a innymi rodzajami personelu. Jeśli lekarze stabilnie deklarują, że połowę, a nawet więcej swojego czasu poświęcają na czynności biurokratyczne to odciążenie ich od pracy administracyjnej będzie drogą do uzyskania większej dostępności. Jeśli przyjmiemy, że 100 tys. lekarzy połowę swojego czasu poświęca na przysłowiowe „papierki” i sprawimy, że zmniejszy się o 25 proc. czas poświęcony na biurokrację, to okaże się, że na rynku uzyskamy efekt 25 tys. dodatkowych lekarzy - przekonuje dr Kozierkiewicz.

- Ten zabieg jest możliwy do przeprowadzenia. W krajach, w których praca lekarzy jest droższa, powszechne jest to, że mają oni swoich asystentów, którzy prowadzą dokumentację. Używa się powszechnie dyktafonów. Innymi słowy jest wiele sposobów odciążenia biurokratycznego lekarzy, ale trzeba wykonać duży wysiłek organizacyjny i intelektualny - podsumowuje ekspert.