Zdaniem dyrekcji Szpitala Wojewódzkiego w Przemyślu za część zadłużenia lecznicy odpowiedzialni są lekarze rodzinni, którzy nie kierują pacjentów na podstawowe badania, tylko od razu do szpitala.
Wielu z nich traktuje Szpitalny Oddział Ratunkowy jako miejsce, gdzie można wykonać badania. Lekarze rodzinni zarzuty te uważają za absurdalne i niesprawiedliwe. Mówią wręcz, że to do nich przychodzą chorzy przed operacją z karteczką badań, które muszą zrobić przed zabiegiem.
Małgorzata Przysada, zastępca dyrektora ds. lecznictwa w Szpitalu Wojewódzkim nr 2 w Rzeszowie twierdzi, że także z tego powodu zaczyna brakować pieniędzy na leczenie dzieci, a te trudno odesłać nie diagnozując
– Pieniędzy w ochronie zdrowia jest ciągle mało, a każdy chce korzystać z tego pełnymi garściami. Któż z nas w swoim otoczeniu nie zna osoby, która pracuje w Anglii czy Ameryce, a potem przyjeżdża do Polski, płaci kilkaset zł na KRUS i przychodzi do szpitala na zabieg, który kosztuje kilkadziesiąt tysięcy zł – stwierdza Przysada.
Ale postawa pacjentów to nie jedyny problem. Największy, to pensje personelu, na które idzie lwia część pieniędzy z NFZ.
– Pobory pochłaniają u nas 95 proc. kontraktu, resztę mamy na leki, wyżywienie, media - mówi Janusz Hamryszczak, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala w Przemyślu.
Czytaj więcej: lekarze rodzinni | Szpital Wojewódzki w Przemyślu | Janusz Hamryszczak | Szpital Wojewódzki nr 2 w Rzeszowie | Małgorzata Przysada | brak pieniędzy | Szpitalny Oddział ratunkowy (SOR) | brak pieniędzy na leczenie
Białystok: finał akcji na rzecz hospicjum