Nie takie kolejki straszne? Telefony do pacjentów odblokowały terminy u specjalistów
- Katarzyna Rożko/Rynek Zdrowia
- 19-02-2011 10:27
Od czasu, gdy pracownicy grudziądzkiego szpitala dzwonią do pacjentów, by upewnić się, czy będą na wizycie, odblokowały się kolejki do specjalistów, a lekarze nie tracą czasu na czekanie. Dyrektorzy szpitali próbują też inaczej dyscyplinować chorych - rozważają na przykład wpisywanie ich obowiązków do regulaminu placówek, ale są wątpliwości czy aby wolno prosić by szanowali społeczny grosz...
W Regionalnym Szpitalu Specjalistyczny im. dr. W. Biegańskiego w Grudziądzu działa około 65 poradni specjalistycznych. Jeśli codziennie umówione wizyty opuści 20-30 proc. pacjentów, przepadnie ponad 300 terminów do specjalistów. To dużo, szczególnie że na wizytę do niektórych lekarzy trzeba czekać rok, nawet prawie 2 lata.
– Często zdarza się, że na 30 zapisanych pacjentów, w umówionym dniu zgłasza się 15-20 chorych. To jest strata po stronie szpitala i pacjenta. Szpitala, bo lekarzowi płaci się niemałe pieniądze, żeby siedział bezczynnie. Pacjenta, bo mógłby trafić do specjalisty o wiele szybciej – mówi portalowi rynekzdrowia.pl Marek Nowak, dyrektor placówki.
Już byli, ale... gdzie indziejDlatego policzył koszty i na początku lutego br. postanowił, że pracownicy lecznicy będą dzwonić do pacjentów poradni i upewniać się, czy zamierzają przyjść na umówioną wizytę.
Szpital wynegocjował z operatorem telefonicznym bardzo niskie koszty połączeń. Codziennie od godziny 15 do 18 trzech pracowników, którym placówka płaci dodatkowe pieniądze, dzwoni do pacjentów i pyta, czy będą na wizycie.
– Myli się ten, kto myśli, że pacjenci głównie zapominają o terminie. Okazuje się, iż na 30 zarejestrowanych, średnio 10 osób było już u lekarza w innym miejscu, leczyło się prywatnie lub trafiło w międzyczasie do szpitala – wyjaśnia dyrektor grudziądzkiego szpitala.
Nie ma straconych wizytTo oznacza, że w każdej poradni codziennie wolnych jest około dziesięciu wizyt. Pracownicy dzwonią do następnych pacjentów w kolejce. W efekcie każdego dnia realizowanych jest 30 na 30 umówionych spotkań z lekarzem.
Inaczej to wygląda, gdy kolejka do specjalisty sięga miesiąca. Takie krótkie terminy są z reguły realizowane prawidłowo.
– Co innego, gdy kolejka jest półroczna lub roczna. Pacjent ma prawo iść leczyć się gdzie indziej. Nie mogę pacjenta zmusić, żeby zadzwonił do mnie, że zrezygnował z wizyty, ale mogę wydać grosze na to, żeby kolejki ruszyły – wskazuje Marek Nowak.
Z rozmów z pracownikami dzwoniącymi do pacjentów wie, że niektórzy z chorych faktycznie zapomnieli o wizycie i są zadowoleni z przypomnienia im o tym. Inni pamiętają, ale dziękują za telefon.
– Odbierają to bardzo dobrze. Cieszą się, że ktoś zainteresował się nimi. To dobrze działa na nasze wzajemne relacje. Musimy nauczyć się kultury realizowania świadczeń. Dlatego też m.in. walczyłem o to, by w rejestracjach do poradni zlikwidować okienka. Pacjent musiał się kłaniać w pas i przemawiać przez dziurę w szybie, a nie o to nam chodzi – podkreśla Marek Nowak.
Z dyscypliną do pacjentaMaciej Sokołowski, dyrektor Wojewódzkiego Zespołu Specjalistycznej Opieki Zdrowotnej w Wrocławiu, w 2010 r. próbował zdyscyplinować pacjentów, którzy nie zgłaszali się na umówione wizyty. Proponował zmiany regulaminu organizacyjnego zakładu, nakładające na pacjenta nie tylko prawa, ale i obowiązki – rzecz można – prospołeczne, obywatelskie.
Uważa, że te kwestie można zapisać w regulaminie szpitala.
– Jako obowiązek rozumiem poinformowanie o braku możliwości przyjścia na wizytę. Bierzemy pod uwagę, że są różne zdarzenia losowe i zawsze takie sytuacje będziemy rozstrzygać na korzyść pacjenta, ale chcemy mieć możliwość powiedzenia mu, że bierze odpowiedzialność za swoje zachowanie, tak jak w szpitalu, kiedy wypisuje się na własne życzenie – wyjaśniał portalowi rynekzdrowia.pl dyrektor Sokołowski.
Dyscyplinujące działanie takiego zapisy w zamyśle dyrektora miałoby spowodować, że pacjent odczułby skutki swojej niefrasobliwości. Ten, który nie zgłosił się na umówioną wizytę, a chciałby się umówić się na kolejny termin do lekarza, musiałby mieć nowe skierowanie i ustawić się końcu kolejki.
– Drugi raz już by czegoś takiego nie zrobił. Szanujmy się nawzajem – dyskutują w dyrekcji szpitala.
Ludzie ludziom w kolejkachPomysł jest wciąż rozważany przez radę społeczną lecznicy, bo były spory, czy jest zgodny z prawem. Dlatego rozwiązanie jest konsultowane z prawnikami.
Dyrektor przyznaje, że liczył na systemowe zmiany w zarządzaniu kolejkami, ale rozwiązań NFZ w tym zakresie darmo wypatrywać. Tymczasem we wrocławskiej lecznicy kolejki do specjalistów sięgają wielu miesięcy lub nawet lat oczekiwania. Najdłużej trzeba czekać na wizytę w poradniach kardiologicznej, hematologicznej i endokrynologicznej. W tej ostatniej można zapisać się na wizytę w... 2016 roku.
– Stąd pomysł dyrektora szpitala w Grudziądzu wydaje mi się bardzo ciekawy. Muszę to przemyśleć. Niewykluczone, że pójdę w jego ślady – zastanawia się Maciej Sokołowski.
Czytaj więcej:
kolejki do specjalistów | Marek Nowak | Wojewódzki Zespół Specjalistycznej Opieki Zdrowotnej we Wrocławiu | Maciej Sokołowski | Regionalny Szpital Specjalistyczny im. dr W. Biegańskiego w Grudziądzu
Rejestrujemy odpowienio więcej pacjentów na najbliższe terminy, a trzymamy rezerwę wolnych miejsc na dalszych terminach. W ten sposób w razie nadwykonania nie rejestrujemy już w ramach rezerwy, a w przypadku niedowykonania uruchamiamy rezerwowe miejsca.
Taki model stosowałem jako dyrektor administracyjny w jednym ze szpitali i dla umów ambulatoryjnych nadwykonanie było trzymane na poziomie 0-3%, a kolejkki możliwe najkrótsze były na jakie pozwalalała umowa i jednocześnie żadne miejsce w kolejce się nie marnowało.