Nie wpadajcie w euforię, słysząc stawkę godzinową: obliczcie, ile wam zostanie po odciągnięciu kosztów - radzi w "Gazecie Wyborczej" polski lekarz, który od kilku lat pracuje w Niemczech. Studzi on optymizm kolegów wynikający z otwarcia niemieckiego rynku pracy dla Polaków.
Krzysztof Goertz (ginekolog, 45 lat, w 2003 roku wyjechał do Niemiec, ma żonę i dwoje dzieci) nie obawia się polskiej konkurencji. Twierdzi, że w jego zawodzie panują czyste reguły gry.
- Na wyspie Rugii jest ośmiu ginekologów, jeden przypada na osiem tysięcy mieszkańców. Niemieckie praktyki lekarskie są ściśle reglamentowane. Nikt tak po prostu nie otwiera gabinetu lekarskiego, to się nie opłaca. Trzeba odkupić praktykę razem z prawem do leczenia pacjentów z danej miejscowości od innego lekarza, najczęściej przechodzącego na emeryturę. Ja tak zrobiłem - opowiada.
Porównuje też pracę lekarzy ze Szczecina, z którego pochodzi, z pracą lekarza w RFN. O kolegach z rodzinnego miasta mówi, że są przepracowani. - Co z tego, że zarobią pieniądze, skoro nie mają, kiedy ich wydać? - zauważa. Dodaje, że Niemczech nie spotkał się z przypadkiem lekarza, który pracuje na szpitalnym oddziale i prowadzi prywatną praktykę. Nie ma takiej potrzeby.
Więcej: www.wyborcza.pl
Czytaj więcej: Niemcy | wyjazdy lekarzy do pracy za granicę | emigracja lekarzy
Rada NFZ 28 maja zajmie się wnioskiem ws. Paszkiewicza