Sądy pracy w województwie śląskim zalewane są pozwami pracowników szpitali przeciwko ich dyrekcjom. OZZL doliczył się tysiąca pozwów tylko wobec jednej lecznicy w Tychach. Przyczyną wzbierającej fali skarg jest m.in. konflikt między wymogami prawa pracy a sposobami zarządzania placówkami, wynikającymi z ich specyfiki i niedofinansowania.
Gdyby Wojewódzki Szpital Specjalistyczny nr 1 w Tychach miał pieniądze, jego dyrektor, dr n. med. Andrzej Drybański, nie musiałby przeprowadzać reorganizacji i nie zmieniałby struktury organizacyjnej jednostki, żądając od lekarzy większej elastyczności i zaangażowania.
Byłyby więc oddziały z lekarzami, dla których są one wyznaczonym miejscem świadczenia pracy, a także izba przyjęć - również z przypisanymi do niej lekarzami dyżurnymi (szpital zatrudnia obecnie nieco ponad 1000 pracowników, w tym lekarzy na prawie 150 etatach).
Ale lecznica ma długi - 56 mln zł, z czego połowa to długi wymagalne. Dyrektor Drybański twierdzi, że to efekt z 2007 i 2008 roku, kiedy izba przyjęć była odrębną komórką organizacyjną z kilkunastoma etatami, a lekarze zarabiali w niej dodatkowe pieniądze.
- Normalnie jest tak, że lekarz dyżurny z izby przyjęć wzywa do pacjenta lekarza z oddziału, na który chory ma być przyjęty. Lekarze-związkowcy chcieliby, żebym wprowadził dodatkowe etaty na izbie przyjęć i sowicie im płacił. A mnie na to nie stać przy tym finansowaniu - wyjaśnia dyrektor.
Dodaje, że na rozwiązaniu, za którym opowiadają się związkowcy, szpital stracił w ciągu dwóch lat 25 mln zł. - Dlatego muszę w końcu uzdrowić sytuację i wprowadzić normalne zasady - podkreśla dyrektor.
Przypisani do oddziałów
- Intencja poprzednich dyrekcji, by zatrudniać na oddziałach lekarzy zgodnie z posiadaną przez nich specjalizacją lub szkolącego się lekarza w oddziale zgodnym z zakresem jego szkolenia, była słuszna - uważa dr Maciej Niwiński, przewodniczący Zarządu Regionu Śląskiego OZZL - jednej z najprężniej działających związkowych struktur, która aktywnie wspiera lekarzy skonfliktowanych z pracodawcami.
- Tymczasem doręczony lekarzom przez dyrektora Andrzeja Drybańskiego nowy zakres obowiązków przewidywał wiele dodatkowych miejsc pracy, np. izbę przyjęć albo oddział szpitalny zupełnie inny niż posiadana przez lekarza specjalizacja - kontynuuje Niwiński i zaznacza, że działania związku zawodowego mają również na uwadze interes pacjenta.
Związkowy robią swoje: ogłosili na Śląsku pogotowie strajkowe, pilnują, by lekarzom nie działa się krzywda, korzystają z sądów, a kodeks pracy mają za świętość. Ostatecznie nie muszą uznawać racji pracodawcy i podzielać jego punku widzenia.
Tak istotna różnica zdań musiała mieć swój finał w sądzie. Ustalił on, że ”wszyscy powodowie w umowach o pracę mają wskazany jako miejsce pracy oddział otolaryngologiczny; oddziały, izba przyjąć i przychodnie specjalistyczne stanowią natomiast odrębne jednostki organizacyjne”.
Gdy dyrektor Drybański wręcza lekarzom nowe zakresy obowiązków, protestują i kierują sprawy do sądów pracy, a te przyznają im rację.
Sąd Pracy w Tychach stwierdził, że pracownik może odmówić wykonania polecenia służbowego pracodawcy niezgodnego z treścią umowy o pracę. Zaznaczył też, że w przypadkach uzasadnionych potrzebami, pracodawca można powierzyć lekarzowi inną pracę niż określona w umowie o pracę na okres nie przekraczający trzech miesięcy w roku kalendarzowym, ale musi odpowiadać ona kwalifikacjom lekarza i nie powodować obniżenia wynagrodzenia.
Rozstawianie dyżurnych
- Problem polega na tym, iż NFZ mówi, że na niektórych oddziałach nie musi być lekarza dyżurnego a dyżury mogą być łączone na dwóch oddziałach - wyjaśnia dyrektor i dorzuca konkretny przykład: kiedy powiedział dyżurnemu chirurgowi, żeby w razie czego poszedł na laryngologię, ten się oburzył i oznajmił, że nie jest laryngologiem.
- Jakby nie rozumieli, że jak się idzie na konsultację laryngologiczną, to nie po to, żeby leczyć jako laryngolog, tylko żeby coś stwierdzić jako chirurg. Do tego stopnia obudowali się w swoich specjalizacjach! - oburza się dr n. med. Andrzej Drybański i cytuje nam fragment pozwu lekarzy, który najbardziej go zirytował i rozbawił: ”na izbie przyjęć trzeba myśleć i samodzielnie podejmować decyzje, natomiast w oddziale za leczenie odpowiada ordynator”.
Zapytaliśmy dyrektora, co zrobi w sytuacji, której nie sposób przewidzieć - a nie brak takich w szpitalach. Na przykład kiedy trzeba zająć się wieloma ofiarami wypadku, albo wzmocnić kadrowo izbę przyjęć, bo przybyło pacjentów, a lekarze się rozchorowali.
- Jakby lekarz odmówił zejścia na izbę przyjęć w sytuacji, gdy nie mam obsady, to zwolniłbym go z pracy i jeszcze powiadomił prokuratora. Gdy np. mam ofiary z wypadku, to wołam wszystkich i nie patrzę, czy to pediatra, ginekolog, laryngolog. Poza tym mam kilkunastu świetnych specjalistów, na których mogę liczyć o każdej porze dnia i nocy. Są jeszcze wśród nas normalni lekarze - odpowiada.
Dyrektor da przykład i pojedzie w karetce
Jak rozwiązują tego rodzaju dylematy związane z kodeksem pracy, deficytem lekarzy i marnym finansowaniem szpitali inni dyrektorzy?
Bolesław Gębarski, dyrektor Szpitala Miejskiego w Siemianowicach Śląskich, mówi nam, że stara się wprowadzać zapisy, że miejscem pracy jest szpital i przyznaje, że zdarzały się absurdy, gdy specjaliści odmawiali konsultacji na innych oddziałach.
- Lekarz oprócz umowy o pracę podpisuje drugi dokument, w którym określa się podległość służbową, zakres obowiązków i miejsce pracy jakim jest szpital, nie oddział - podkreśla.
Niebawem dyrektor będzie miał do rozwiązania jeszcze jeden problem związany z miejscem wykonywanej pracy. Biznesmeni ufundowali szpitalowi karetkę. - Będziemy wpisywali w zakres obowiązków świadczenie usług w karetce. Jeśli zawiedzie transport, a pacjenta trzeba będzie przewieść, to będę wydawał polecenia, żeby był w niej lekarz - mówi dyrektor i deklaruje, że jako lekarz da dobry przykład i sam wsiądzie do karetki.
Na kłopoty team terapeutyczny
Zwraca też uwagę na to, jak ważne jest dogadanie się z załogą. - W każdej jednostce, w której pracowałem, raz w tygodniu spotykałem się z ordynatorami, lekarzami i oddziałowymi, żeby przedyskutować pewne rozwiązania. Takie konsultacje bardzo dużo dają, bo zwracają uwagę na sprawy, których jako menadżer nie dostrzegałem - tłumaczy.
Jego model zarządzania polega na budowaniu świadomości, że w szpitalu pracuje team terapeutyczny, który odpowiada za pacjenta, przy czym nie istnieje sztywny, hierarchiczny podział na lekarza, pielęgniarkę, rehabilitanta, technika medycznego.
- Od relacji w zespole zależy jakość usług - zaznacza Gębarski i chwali się, że w ostatnich czterech latach, gdy trzeba było zredukować etaty o 15 procent, obeszło się bez protestów. - Rozwiązały się też trzy związki zawodowe, gdyż nie miały nic do roboty i uznały, że ich misja wygasła - dodaje.
Czytaj więcej: kodeks pracy | Wojewódzki Szpital Specjalistyczny nr 1 w Tychach | Bolesław Gębarski | Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy (OZZL) | Maciej Niwiński | Andrzej Drybański | dyżur w szpitalu | miejsca pracy lekarzy
Lubuskie: szpital głogowski ma być spółką