Gazeta Wyborcza/Rynek Zdrowia | 15-10-2008 07:51

"Epidemia" w Klinice Toksykologii Instytutu Medycyny Pracy w Łodzi

Jedyna w regionie klinika ostrych zatruć pracuje na pół gwizdka. Pielęgniarki narzekają, że zdziesiątkowały je problemy z kręgosłupami i depresja. Ale nim poszły na zwolnienie, zażądały podwyżek

Do Kliniki Toksykologii w Instytucie Medycyny Pracy trafiają z całego województwa ciężko zatruci ludzie: po alkoholu, grzybach czy chemikaliach. Lekarze mogą odtruwać po 20 pacjentów naraz - tyle mają miejsc w oddziale. Ale od kilku dni większość łóżek w klinice jest pusta.

Fachowcy od zatruć mogą zająć się najwyżej kilkoma pacjentami, bo brakuje rąk do pracy przy chorych. W ciągu ubiegłego tygodnia zachorowało 19 pielęgniarek z oddziału. Zaczęło się od trzech, potem dołączały kolejne. Aż w pracy zostało dziewięć.
 Dzień przed wybuchem epidemii pielęgniarki negocjowały z dyrekcją o podwyżkach. Nie dostały ich.

- Instytutu na razie na to nie stać. Do rozmów możemy wrócić, jeśli NFZ da więcej pieniędzy - mówi dr hab. Cezary Pałczyński, dyrektor ds. medycznych IMP w Łodzi.

Dyrektor podejrzewa, że choroba pielęgniarek to nie jest zbieg okoliczności. Łączy zwolnienia chorobowe z roszczeniami finansowymi sióstr.

- To nie przypadek - mówi dr Pałczyński. - Raczej sprawa dla prokuratora. Bo jeśli pielęgniarki umówiły się, że załatwią sobie zwolnienia i nie przyjdą do pracy, po to by postawić nas pod ścianą, to coś tu nie gra.

Dyrektor sugeruje, że kobiety na zwolnieniach mogły narazić na szwank pacjentów. - Powinny pamiętać, że jesteśmy jedynym oddziałem w regionie i nie możemy działać bez personelu - podkreśla dyrektor.

Pielęgniarki przekonują, że nie kręcą z L4.

- Jesteśmy schorowane i przepracowane - mówi Renata Rubaszewska, przewodnicząca Związku Pielęgniarek i Położnych w IMP. - Mam 49 lat, jestem cała opuchnięta i wysiadł mi kręgosłup. Koleżanki mogą być w depresji. Pracujemy w trudnych warunkach, wysiada nam już odporność psychiczna. I jeszcze te pensje...

Według dyrekcji IMP pielęgniarka zarabia 2.200 zł brutto. Z nadgodzinami nawet 3.600 zł.

Rubaszewska: - Rozmowy o podwyżkach prowadzimy z dyrekcją już od ośmiu lat. Bez rezultatów. Mam 29 lat stażu i zasługuję na więcej. Chcemy w końcu zadbać o siebie.

Pozostałe związki zawodowe nie były poinformowane o inicjatywie pielęgniarek. - Nie zostaliśmy zaproszeni do negocjacji płacowych, a na ogół robimy to razem - mówi Alicja Bartkiewicz, wiceprzewodnicząca związku "Solidarności". Czy jest to strajk? Nie wiem.

Pod koniec ubiegłego tygodnia w szpitalu wszyscy zastanawiali się, czy pielęgniarska epidemia może się jeszcze rozszerzyć? Jeśli na zwolnienia poszłyby kolejne pielęgniarki, nie miałby kto zajmować się pacjentami.

Kryzysu jednak nie ma. Dyrekcja ściągnęła na dyżury dodatkowych lekarzy i salową. Dzięki temu można przyjmować kolejnych pacjentów. Choć nie tyle, co zwykle. Na intensywnej terapii leży tylko siedem osób. To trzy razy mniej niż normalnie.

- Na szczęście nie odsyłają naszych karetek - mówi Danuta Korcz, rzecznik prasowy pogotowia.

Dyrekcja nie załamuje rąk i zapowiada, że znalazła rozwiązanie. I to bez podwyżek. Zatrudnia nowe pielęgniarki. - Jesteśmy w trakcie rozmów z sześcioma paniami. Chcą podjąć pracę natychmiast, za takie same pieniądze, jak koleżanki na zwolnieniach - mówi docent Anna Krakowiak, kierownik oddziału toksykologii.

A co jeśli pielęgniarki w końcu wyzdrowieją? - Nie ma problemu - odpowiada dyrektor Pałczyński. - dla wszystkich starczy pracy.