
Zaledwie przebrzmiały echa strajku w Radomskim Szpitalu Specjalistycznym, a już coraz bardziej realny staje się kolejny duży protest. Atmosfera w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym im. J. Śniadeckiego w Białymstoku jest coraz bardziej gorąca.
Tydzień temu w placówce odbyło się referendum zorganizowane przez siedem związków zawodowych, w którym wzięło udział 70 proc. liczącej około 1400 osób załogi. Większość opowiedziała się za protestem. Jego głównym celem mają być podwyżki płac.
Pracownicy wyrazili w referendum votum nieufności wobec dyrektora, Sławomira Kosidły, zarządzającego lecznicą od stycznia br. Związkowcy oceniają, że jego decyzje nie służą szpitalowi. Z kolei dyrektora dziwi fakt, że jego prośba o opracowanie związkowego programu naprawy szpitala z uwzględnieniem roszczeń płacowych, nie spotkała się z uznaniem związków.
WSZ jest zadłużony na 67 mln zł, przy czym kwota zobowiązań zwiększyła się w ciągu ostatniego roku o blisko 10 mln zł.
– Żądaliśmy 5-procentowych podwyżek dla wszystkich pracowników, płatnych w dwóch transzach: we wrześniu, a następnie na koniec ostatniego kwartału br. – mówi portalowi rynekzdrowia.pl Alicja Hryniewicka stojąca na czele podlaskiego oddziału Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych i kierująca tą organizacją związkową w WSZ.
– Pracodawca zgodził się, ale środki na podwyżki miały pochodzić z funduszu świadczeń socjalnych, czego nie mogliśmy zaakceptować. Byłoby to możliwe tylko w przypadku, gdyby pieniądze zostały dodane do pensji zasadniczej. Dyrektor wyraził jednak zgodę wyłącznie na dodatek do pensji do końca br. – stwierdza Alicja Hryniewicka.
W ocenie związkowców chodzi o niewielkie kwoty. Służby pomocnicze miałyby otrzymać zaledwie 50-70 zł więcej do pensji zasadniczej, pielęgniarki – 80-100 zł, lekarze nieco więcej.
Tego strajku pacjenci nie odczują?
Alicja Hryniewicka zwraca uwagę, że aż 80 proc. załogi biorącej udział w referendum nie ma zaufania do obecnej dyrekcji. Większość jest również zdania, że nadszedł czas na uregulowanie zaległości sięgających około 3 mln zł we wpłatach na zakładowy fundusz socjalny, na konto którego od wielu lat środki nie były wpłacane w całości.
– Dyrektor zobowiązał się do rozpoczęcia regularnych wpłat na konto funduszu dopiero od 2013 r., i to też w śladowym zakresie – dodaje przewodnicząca OZZPiP na Podlasiu. – A to oznacza, że także w tym zakresie nie osiągnęliśmy porozumienia. Dlatego w najbliższy poniedziałek (2 listopada) występujemy z wezwaniem przedsądowym o odzyskanie środków z funduszu świadczeń socjalnych.
Na pytanie, czy tak trudny czas dla ochrony zdrowia, a przede wszystkim dla pacjentów, jest odpowiedną porą na strajk w szpitalu, Alicja Hryniewicka odpowiada: – Protesty zawsze były, są i będą.
– Ponieważ nikt nie traktuje pracowników poważnie, to jedyny sposób, aby upomnieć się o swoje prawa – dodaje przewodnicząca podlaskiego oddziału OZZPiP. – Osobną kwestią jest forma protestu. Być może nie jest to najlepszy czas na wychodzenie na ulicę lub odchodzenie od łóżek, dlatego nie chcemy tego robić. W tej sytuacji, jaką mamy, odbiór społeczny nie byłby zapewne najlepszy.
– Ale chcemy zorganizować protest, który nie będzie w najmniejszym stopniu uciążliwy dla pacjentów, za to trudny dla dyrekcji WSZ oraz dla organu założycielskiego. Nic więcej nie mogę na razie powiedzieć – zastrzega przewodnicząca.
Spotkanie z marszałkiem: prośba czy ultimatum?
Zanim zapadnie decyzja o rozpoczęciu strajku, związkowcy z WSZ chcieliby się spotkać z Jarosławem Dworzańskim, marszałkiem województwa podlaskiego (samorząd wojewódzki jest organem założycielskim szpitala), ale nie w obecności dyrektora lecznicy.
„Niepożądany” byłby także udział w rozmowach Bogusława Dębskiego, wicemarszałka odpowiedzialnego za ochronę zdrowia na Podlasiu, do którego, jak mówi Alicja Hryniewicka, związki zawodowe mają ograniczone zaufanie. Jeśli do spotkania nie dojdzie do końca tygodnia, kolejne działania będą podejmowane zgodnie z planem.
Z marszałkiem Dworzańskim nie udało nam się porozmawiać. Jego rzecznik, Jan Kwasowski, mówi natomiast krótko: – Ultimatum dotyczące składu osobowego podczas ewentualnego spotkania jest dla marszałka nie do przyjęcia.
– Mamy nadzieję, że rozwój wydarzeń da się jednak powściągnąć – zaznacza w rozmowie z portalem rynekzdrowia.pl Jan Kwasowski. – Jedno jest pewne: płace nie mogą wzrosnąć tak, jak proponują związki zawodowe. W sytuacji, w jakiej znajduje się WSZ, to nierealne.
Alicja Hryniewicka nie widzi żadnego ultimatum w prośbie do marszałka o spotkanie wyłącznie ze związkowcami. Uważa, że chodzi jedynie o spokojne przedstawienie swoich racji. Do rozmów w szerszym składzie mogłoby przecież dojść w kolejnych dniach. A marszałek nie powinien chować głowy w piasek.
Okiem dyrektora
Sławomir Kosidło, dyrektor WSZ, nie ukrywa: – 5-procentowa podwyżka do pensji zasadniczej, a zatem łącznie z pochodnymi, zwiększyłaby dwukrotnie kwotę, o którą wzrosną płace. Byłoby to w sumie 538 tys. zł do końca br. A tych pieniędzy szpital nie ma.
– Zaproponowałem związkom spotkanie w połowie grudnia, ponieważ podstawą dalszych rozmów jest kontrakt z NFZ na 2010 r. – wyjaśnia portalowi rynekzdrowia.pl dyrektor Kosidło. – Inne postępowanie byłoby sprzeczne z prawem: aby rozmawiać o podwyżkach, trzeba najpierw stworzyć budżet. Obecnie już wiadomo, że w przyszłym roku dostaniemy prawdopodobnie 90 proc. tegorocznego kontraktu. A to oznacza, że zamiast 85 mln zł, jak w 2009 r., będziemy mieli do dyspozycji 82 mln zł.
– Sytuacja jest zła i obawiam się, że moją rolą jest obecnie walka nie o podwyżki dla załogi, ale o miejsca pracy – przyznaje dyrektor szpitala. – Wiem, że ludzie zarabiają niewiele. Ale wiem także, że regularnie co miesiąc na ich konta wpływają pieniądze. Teraz chodzi o to, aby to się nie zmieniło na gorsze.
A zmienić się może, bo projekt restrukturyzacji zatrudnienia już powstaje. W ramach dostosowania do standardów liczba łóżek w WSZ zmniejszy się z 752 do 495. I to musi odbić się na miejscach pracy w szpitalu.
Sławomir Kosidło nie ma też wątpliwości, że nie może dopuścić, aby 90 proc. przychodów szpitala pochłaniały płace. Już obecnie stanowią one 72 proc. tej kwoty.
– Ile zostanie nam na leczenie? – pyta dyrektor Kosidło. – O tym związki nie mówią. W ogóle nie mówią o pacjencie. To mnie niepokoi, bo po pierwsze jestem lekarzem, po drugie dyrektorem szpitala, który pacjenta musi mieć na względzie przede wszystkim.
Ten strajk będzie nielegalny
Sławomir Kosidło nie wierzy w protesty w szpitalu, które nie będą uciążliwe dla chorych. Wierzy jednak w prawo i ocenia, że zgodnie z ustawą o rozwiązywaniu sporów społecznych, strajk zapowiadany przez związki będzie nielegalny.
– Bazą dla pytań stawianych w referendum powinny być punkty sporne, wynikające z mediacji w obecności mediatora – wyjaśnia dyrektor Kosidło. – Tymczasem votum nieufności wobec dyrekcji nie było punktem sporu między stronami. Dlatego mogę uznać ewentualny strajk za nielegalny, z wszystkimi tego konsekwencjami, łącznie z zawiadomieniem do prokuratury.
Dyrektor nie ukrywa też, że bulwersują go również inne kwestie. Nie otrzymał np. odpowiedzi na pytanie, co otrzyma w zamian za podwyżki. Nie spotkała się także z uznaniem jego prośba o opracowanie autorskiego, związkowego programu naprawy szpitala z uwzględnieniem roszczeń płacowych pracowników.
Nie uznaje także za słuszne zarzutów, a takie do niego docierają, że związki nie mają informacji o sytuacji szpitala: w czerwcu br. otrzymał od Alicji Hryniewickiej pismo, z którego wynikało, że dotychczasowe spotkania z dyrekcją w sprawie kondycji placówki i planów jej rozwoju nie wnoszą niczego nowego i szkodzą wizerunkowi związków.
– Oczekiwania są następujące: żeby było tak, jak jest, ale jednocześnie żeby były większe pieniądze – podsumowuje Sławomir Kosidło. – Tak się nie da. Ten szpital osiągnął „masę krytyczną” już kilka lat temu, a ja przyszedłem tu właśnie po to, żeby wprowadzić zmiany.