Piotr Przeniosło/Rynek Zdrowia | 24-09-2009 06:11

Koniec dobrych czasów, czyli ubywa aptek...

Tego nie było na polskim rynku farmaceutycznym od kilku dobrych lat. Od 2001 roku aptek nad Wisłą regularnie przybywało, ale ten trend się odwrócił - twierdzi Piotr Kula, prezes firmy analitycznej PharmaExpert. W tym roku można zaobserwować spadek liczby aptek. Nieznaczny, bo nieznaczny, ale może wróżyć kolejne.

Był czas, że każdemu się wydawało, iż apteki są żyłą złota. Jednak po zbilansowaniu kosztów, wysokich czynszów, opłat pracowników i nade wszystko silnej konkurencji okazywało się, że apteki nie muszą automatycznie przynosić dochodu...

Około jedna trzecia aptek w naszym kraju objęta jest programami lojalnościowymi dużych firm zajmujących się hurtowym obrotem lekami. 35-40 proc. aptek była w zeszłym roku zadłużona, a jak uważają analitycy, liczba ta nie zmniejszy się w tym roku, lecz zwiększy. Czy taka sytuacja doprowadzi do tego, że apteki będą plajtowały? Bo o tym, że przestały być żyłą złota, już wiadomo.

W 2008 roku w Polsce działało 13650 aptek. W 2001 r. w Polsce było ich 9700, rok później - o pół tysiąca więcej. W kolejnych latach wzrost liczby aptek kształtował się w granicach od kilkuset nawet do tysiąca rocznie (w 2005 roku uruchomiono ich 1050, a rok później „tylko” 350).

Przyjmując, że obecnie w naszym kraju żyje 38 milionów osób, to na jedną statystyczną aptekę przypadało 2794 pacjentów. W tym roku zamkniętych zostało już 50 aptek. Analizując te dane prezes Piotr Kula uważa, że choć kryzys nie dotknął rynku farmaceutycznego – tutaj można zaobserwować ciągły wzrost – to jednak sytuacja finansowa utrudniała m.in. zawieranie umów kredytowych.

Drugim czynnikiem, który może zniechęcać do otwierania kolejnych aptek, jest nadal nieznana sytuacja prawna dotycząca ich funkcjonowania w przyszłości.

Co trzecia zadłużona
Około jedna trzecia aptek w naszym kraju objęta jest programami lojalnościowymi dużych firm zajmujących się hurtowym obrotem lekami. 35-40 proc. aptek była w zeszłym roku zadłużona, a jak uważają analitycy, liczba ta nie zmniejszy się w tym roku, lecz zwiększy.

Trudno jednak jednoznacznie stwierdzić, ile tak naprawdę wynosi zadłużenie poszczególnych aptek. Wpływ na to ma ich rentowność, uzależniona od miesięcznego obrotu.

W Polsce 64 proc. aptek ma średni obrót w przedziale 150-160 tys. złotych. I te apteki z reguły przynoszą niższą zyskowność z marży – około 8-9 proc. Z kolei te, których obrót miesięczny kształtuje się w przedziale od 200 do 300 tys. złotych, notują rentowność na poziomie 10 proc..

Zbyt ostra konkurencja?

W ocenie Ireny Rej, prezes Izby Gospodarczej Farmacja Polska, w naszym kraju nie działa zbyt duża ilość aptek.

– W Europie przecież na statystyczną aptekę przypada od 3 do 4 tysięcy osób. Ta liczba w naszym kraju pozwala na dość łatwy dostęp do leków. Oczywiście statystyki trochę zafałszowują realny obraz rozmieszczenia aptek. Bo przecież są takie miasta, gdzie na jednej ulicy mieści się po kilka aptek, a są też obszary wiejskie, gdzie liczba ich jest zbyt mała – mówi Irena Rej.

Zdaniem prezes Farmacji Polskiej, aptek nie będą już przybywać tak szybko jak w ostatnich latach, bo ich potencjalni właściciele wiedzą, że nie jest to już szczególnie dochodowy interes.

– Był czas, że każdemu się wydawało, iż apteki są żyłą złota. Jednak po zbilansowaniu kosztów, wysokich czynszów, wynagrodzeń pracowników, a nade wszystko silnej konkurencji, okazywało się, że apteki nie muszą automatycznie przynosić dochodu... – dodaje prezes Rej.

Jej zdaniem, planowane przepisy prawne, które mają m.in. określić zasady dopuszczalnego marketingu w aptekach oraz wprowadzić tzw. sztywne marże i ceny leków, to jak wchodzenie z kaloszami w duszę.

– Państwo nie może tak silnie ingerować w apteki. To przecież prywatne przedsięwzięcia biznesowe, które wskutek konkurencji obniżają ceny, a to przecież przekłada się na kieszeń pacjentów – zaznacza Rej. – Przykładem może być apteka w siedzibie Cefarmu w Warszawie, gdzie jak pamiętam, nawet od szóstej rano potrafiły się tworzyć kolejki emerytów za tanimi lekami. Mamy poniekąd manię wychodzenia przed szereg, jakoś w Europie nie jest to problemem, a u nas miałoby być?

Apteka to nie sklep
Z drugiej strony Stanisław Piechula, prezes Śląskiej Izby Aptekarskiej, podkreśla, że na lek nie wolno patrzeć, jak na każdy inny produkt kupowany w sklepie. Trzeba go postrzegać, jako środek, który – zażywany niezgodnie z przeznaczeniem – może być niebezpieczny.

– Wprowadzenie przepisów prawnych, które określiłyby ingerencję marketingu, jest zapewne tematem dyskusyjnym. Musielibyśmy sprecyzować o jakich rozwiązaniach mówimy, ale co ważne – osoby odpowiedzialne za politykę lekową muszą rozpatrywać lek, nie jako towar, ale środek, który może także zaszkodzić – tłumaczy prezes Piechula.

– Stąd ważne jest, aby nie tylko określić przepisy dotyczące leków refundowanych. Pamiętajmy o tym, że Polska jest drugim krajem na świecie pod względem ilości spożywanych leków na osobę. Stąd jak najbardziej słusznym byłoby wprowadzenie przepisów, które pozwoliłyby lek chwycić w ryzy – dodaje Stanisław Piechula.

Siła reklamy

Prezes Śląskiej Izby Aptekarskiej wylicza, że aby apteka mogła normalnie funkcjonować to musiałaby obsługiwać minimum 4000 pacjentów, bo w innym przypadku – jak przekonuje – grozi jej wegetacja, która nie pozwala na pełne zaopatrzenie w leki.

– O tym, jak reklamy leków są niebezpiecznie, skutecznie świadczą codzienne sceny z aptek, gdy pacjenci przychodzą i proszą to, co pokazywali wczoraj w telewizji, nie wiedząc nawet o tym, jak działa ten środek. W mojej ocenie chory jeśli potrzebuje leku, powinien iść do lekarza lub wykwalifikowanego farmaceuty, który doradzi mu, co powinien zażyć – mówi Stanisław Piechula.